
Jeśli ktoś nie rozumie że w pracy się pracuje i ma jakąś około-komunistyczną mentalność, gdy firmy były znacjonalizowane, a więc teoretycznie każdego obywatela, więc może sobie wziąć od siebie co chce, to trzeba go wymienić na normalniejszego.
Rozliczanie z zadań, a nie samego czasu, też jest dobrym pomysłem.
A nie lepiej mieć pracowników, którym się chce pracować, i którzy wiedzą kiedy mogą sobie pozwolić na internet, bo robotę i tak wykonali?
W którymś miejscu kończy się nadzór, a zaczynają szykany. W sumie jak by w biurze dawać pampersy, to pracownicy by nie latali do kibla - jak na kasie w supermarkecie.
Sam bym się zwolnił z takiej firmy, nie da się na dłuższą metę pracować w atmosferze paranoi...
Te liczby użyte w artykule kojarzą mi się z szacunkami strat w wyniku piractwa a cel mają jeden - sprzedać kolejny, niepotrzebny produkt. To się nazywa kreowanie potrzeb.
Zdanie "Jeśli czas przeznaczony na „internetowe lenistwo” uda się zmniejszyć u każdego pracownika o pół godziny, w skali roku otrzymamy ok. 130 dodatkowych godzin efektywnej pracy." jest z gruntu fałszywe - leniwy pracownik znajdzie inny sposób marnowania czasu pracy. Pracowitemu kontrola do niczego potrzebna nie jest.
W cywilizowanych krajach ustala się zadania dla pracowników a nie tworzy orwellowską atmosferę. I nie ma znaczenia, czy pracownik przez pół dnia gra w mini-golfa czy siedzi przy biurku. Jeśli praca jest wykonana a pracownik swoimi ubocznymi zajęciami nie utrudnia pracy innym - pracodawca niech się w... pompkę pocałuje.


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.