
"Jeśli jesteś znanym autorem to kupi ją 10 tysięcy osób. Jeśli nie, to nikt na nią nie spojrzy."
A w jaki sposób zostać znanym autorem? Jeśli wydawca zwalcza dystrybucję książki poza oficjalnym obiegiem, to drastycznie ogranicza liczbę potencjalnych kupców nie tylko tej, ale i następnych książek danego autora.
@markac:
Typowy model zachowania wygląda tak: Za młodu piractwo, bo nie ma kasy i nie ma szacunku do cudzej pracy, a chce się słuchać wszystkiego i grać we wszystko i to 'na już'. Wtedy mało kto płaci za wszystko czego używa. Ale też mało kogo z dzieciaków byłoby na to stać. Później przychodzi mniej czasu, za to więcej pieniędzy i szacunku do pracy. Wtedy kupuje się 1 album w miesiącu, 1 grę na 2 miesiące i z 1 ebooka miesięcznie. Niektórzy mimo, że dorośleją, ciągle piracą i ciągle mało zarabiają, na tyle mało, że bardziej im się opłaca poświęcać godziny na szukanie piratów niż wejść do sklepu online i kupić.
Tylko że zarówno pierwsza jak i ostatnia grupa i tak nie kupi tego, co ściąga. Bo ich nie stać, ewentualnie - towar nie przedstawia dla nich dostatecznie dużej wartości. DRM uderza więc w tych, którzy kupują, bo jest problem z pożyczaniem (w przypadku ebooków, brak możliwości pożyczenia książki żonie, bratu czy rodzicom jest... dziwny i nieoczekiwany), instalacją gier po zmianie systemu operacyjnego, problemy z zewnętrznymi napędami DVD (które bywają widoczne jako napędy SCSI, więc niektóre zabezpieczenia traktują je tak jak napędy wirtualne) i wiele innych. No i koszt - ile kosztuje zabezpieczenie gry najnowszym SecuROMem? I paradoksalnie płacą za to przecież nabywcy oryginałów, nie piraci - bo oni w ogóle nie płacą za nic.
Im bardziej więc kupujesz oryginały, tym bardziej protestuj przeciwko DRM! :-)
@markac - tu jest mowa o twórcach a nie konsumentach (czyli tobie podobnych). Wbrew pozorom widzę tu duży, potencjalny zysk dla twórcy.
Wyobraź sobie, że napisałeś dobrą książkę np. fantasy. I teraz możliwe są dwie sytuacje. Pierwsza; zabezpieczasz książkę DRM i sprzedajesz. Jeśli jesteś znanym autorem to kupi ją 10 tysięcy osób. Jeśli nie, to nikt na nią nie spojrzy. Tak więc mamy 50% szans na dobry zarobek. Druga sytuacja jest taka, że nie zabezpieczasz książki, wiedząc, że wcześniej czy później pojawi się ona w sieci. W dalszym ciągu 10 tysięcy osób zapłaci bo ich stać i poczuwają się do obowiązku wynagrodzenia twórcy. 90 tysięcy, z różnych powodów, nie zapłaci. Czy ty jako twórca na tym stracisz? Nie, ani złotówki. Idąc dalej, wyobraźmy sobie, że ktoś zamierza nakręcić film w klimatach fantasy i szuka scenariusza. Do kogo się w tej sprawie zwrócić? Czy do gostka który znany jest 10% odbiorców (tych co zapłacili) czy też do tego, którego znają wszyscy, i ci co zapłacili i ci co piracili?


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.