
'Pozostaje do dyspozycji' to nie znaczy jeszcze, ze nie wolno robić mu robić innego niż wymaga pracodawca - Ja np. nie widzę różnicy pomiędzy korzystaniem z Internetu a korzystaniem z toalety, prowadzeniem rozmów z współpracownikami na temat inny niż praca czy choćby oddychanie bez wyraźnego polecenia - pomiędzy wykonywanymi zleceniami.
Znaczy to jedynie, że w ciągu tych ośmiu godzin pracownik pozostaje w gotowości, aby podjąć i wykonać każde działanie zlecone przez pracodawcę i wchodzące w zakres umowy zawartej pomiędzy nimi.
Jeśli chodzi o 'dbanie o dobro', to do cholery jasnej, ale poza informatykiem czy innym stanowiskiem związanym z działaniem sieci, żaden pracownik nie ma obowiązku znać zagrożeń dla systemu informatycznego pracodawcy płynących z odwiedzania (nie)określonych stron w sieci WEB, więc nie może ponosić odpowiedzialności za jego nieodporność na ataki sieciowe.
Od tego sa antywirusy.
Mam wrażenie, ze dr. Gładoch jest albo idiotką, albo przekroczyła wszelkie granice prostytucji intelektualnej pisząc takiego bzdeta.

'realizuje' zaraz - dorabia kobicina po prostu pisząc takie grafomańskie 'badania' na zamówienie.

a ja mam wrażenie, ze to nie podatki sfinansowały te 'badania', tylko jakiś koncern zatrudniający wielu pracowników typu dżilet czy inny haczinson, który próbuje wykorzystać ją do zastraszania tych wszystkich, którzy (jednak) okradają pracodawcę z opłaconego przezeń czasu, poprzez uprawianie czatów, maili i naszych klas zamiast wykonywania swojej pracy.
I chociaż cel słuszny, to jednak metoda parszywa.

Co mają zrobić handlowcy, którzy internet w pracy wykorzystują również prywatnie, ponieważ mają dużo kontaktów prywatnych pomocnych w biznesie?


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.