Aincognito
Jeden z.. publikujących na Destylator.at :)

Aincognito

 

Imię: ukryte, dostępne po zalogowaniu.
Wiek: Nie podano daty urodzenia.
E-mail: ukryty, dostępny po zalogowaniu.
Moja strona:http://destylator.at
  • 22-03-2015, 12:41
    Shoper & Google Tag Manager – jak dodać, żeby działało

    Na początek. Każdy e-sklep powinien (o ile zamierza coś sprzedawać w Internecie) mieć zrobioną analitykę ze zdarzeniami, a tego nie bardzo da się dokonać bez zainstalowanego Google Tag Managera. W przypadku Shopera pojawił się problem z wdrożeniem GTM - cały czas wywalało jakieś błędy, jednak jest i na nie metoda, o której niżej;)

    Z jakichś względów Shoper nie lubi się z nawiasami typu {}. Jako, że te nawiasy są nieodłącznym kawałkiem skryptu Google Tag Managera, metoda na uruchomienie GTM w Shoperze polega na nadaniu temu skryptowi „wyjątkowego charakteru”.

    Robimy to przez dodanie znacnzików przed skryptem {literal} i po skrypcie {/literal}.

    W efekcie powinniśmy uzyskać coś takiego:

    {literal}
    <!-- Google Tag Manager -->
    <noscript><iframe src="//www.googletagmanager.com/ns.html?id=GTM-XXXXXX"
    height="0" width="0" style="display:none;visibility:hidden"></iframe></noscript>
    <script>(function(w,d,s,l,i){w[l]=w[l]||[];w[l].push({'gtm.start':
    new Date().getTime(),event:'gtm.js'});var f=d.getElementsByTagName(s)[0],
    j=d.createElement(s),dl=l!='dataLayer'?'&l='+l:'';j.async=true;j.src=
    '//www.googletagmanager.com/gtm.js?id='+i+dl;f.parentNode.insertBefore(j,f);
    })(window,document,'script','dataLayer','GTM-XXXXXX');</script>
    <!-- End Google Tag Manager -->
    {/literal}

    Dodanie tych dwóch znaczników kompletnie usuwa problem błędu przetwarzania kodu, czyli nie będziecie musieli już wybierać między „syntax error: unrecognized tag: w[l]=w[l]||[];w[l].push({'gtm.start': new Date().getTime(),event:'gtm.js' (Smarty_Compiler.class.php, line 457)” witającym odwiedzających, a brakiem GTM na stronie.

    Acha, jeszcze w sumie ważne jest, gdzie i jak ten cały Google Tag Manager dodać do Shopera;)

    Aby, to zrobić, należy:
    1) Wejść  w Konfiguracja > Wygląd w górnym menu

    Google Tag Manager - instalacja w Shoper - krok 1

    2) W menu, które pojawi się po lewej stronie należy kliknąć „Edycja zaawansowana”

    Google Tag Manager - instalacja w Shoper - krok 2

    3) Z listy plików wybrać „body_head.tpl” i klikając zębatkę, jak na screenie, wybrać „Edytuj”

    Google Tag Manager - instalacja w Shoper - krok 3

    4) Gotowy skrypt Google Tag Mangera wklejamy na samej górze (tylko XXXXX podmieniamy na własną wartość)

    Google Tag Manager - instalacja w Shoper - krok 4

    5) Kroki 3) i 4) powtarzamy, ale dla pliku „body_head_checkout.tpl”

    więcej

  • 26-02-2015, 18:50
    Lubię pomagam

    Lubię Pomagam - logo Piszą o sobie, że są ruchem społecznościowym, który za cel sobie postawił promowanie Honorowego Krwiodawstwa w Polsce za pośrednictwem mediów społecznościowych.
    Kto stoi za "Lubię Pomagam", i jak realizują swoją misję - tego dowiecie się już kilka linijek niżej;) 

    1. Adam Ostapiński | Destylator: Skąd pomysł na Lubię Pomagam? Mówisz, że jesteście "ruchem społecznościowym" - nic się jednak z powietrza nie bierze - jak jest w Waszym wypadku?

    Rafał Czech: Racja, Lubię Pomagam nie wzięło się z powietrza :) Bodźcem który zainicjował ten projekt, była sytuacja z życia. W zeszłym roku, moja babcia miała przejść bardzo poważną operację, która nie mogła się odbyć, ponieważ brakowało krwi. Wtedy właśnie, po raz pierwszy oddałem dla niej krew i poczułem, że chce zrobić w tym temacie coś więcej. I w taki oto sposób wraz z Klaudią i Asią stworzyliśmy kampanię promującą Honorowe Krwiodawstwo- „Krew-lubię to!”.
    Chociaż podobno życie jest dziełem przypadków i tak też było z tym projektem :)

     

    2. Przygotowania. Ruszenie z akcją na taką skalę nie jest możliwe bez dużej ilości czasu na planowanie, przygotowywanie materiałów, szukanie sponsorów, etc. Jak to wyglądało u Was?

    Klaudia Daniluk: Faktycznie, sukces takiego projektu nie jest możliwy bez dużego nakładu pracy :) Do startu projektu przygotowywaliśmy się kilka miesięcy. Przez ten czas udało się nam pozyskać wielu patronów medialnych i przygotować materiały promocyjno-edukacyjne. Dodatkowo poza krótką współpracą z pewną polską firmą, działalność Lubię Pomagam opiera się na finansowaniu z własnych oszczędności. Jeśli chodzi o nas, to Lubię Pomagam rozpatrujemy w kategoriach życiowej pasji, a nie pracy. Dlatego też z wielką przyjemnością poświęcamy każdą wolną chwilę temu projektowi :) Jeśli ktoś na przykład chciałby się z nami spotkać o 24:00 w niedzielę, to chętnie to zrobimy :) Bo każdy z nas wkłada maksimum energii, aby Lubię Pomagam odniosło sukces.

    Lubię Pomagam

    3. Kto stworzył oprawę wizualną akcji? Jakie były jej założenia?

    Asia Jaszczuk: Uruchamiając ten projekt, mieliśmy największy problem z logiem i oprawą graficzną. Całe szczęście nasz przyjaciel- Łukasz Wróbel, pomógł nam w jej stworzeniu:) Według nas jest w pełni spójna z naszymi założeniami i doskonale komunikuje się z naszymi odbiorcami. Odbiega od standardowego wyglądu organizacji pozarządowych. Miało być i jest, pozytywnie, wesoło, jasno, czysto i energetycznie. Natomiast obecnie wszelkie infografiki edukacyjne i inne materiały tworzymy sami, mimo że nikt z nas nigdy wcześniej tego nie robił :)

     

    4. Jak wygląda Wasza codzienna praca z Social Mediami?

    Klaudia Daniluk: Mimo, że każdy z nas ma codzienne obowiązki takie jak uczelnia lub praca, to profil Lubię Pomagam na Instagramie i na Facebooku towarzyszy nam przez cały dzień :) Dzięki temu, jesteśmy dostępni dla naszych odbiorców prawie przez całą dobę :) Z tygodnia na tydzień aktywność naszej społeczności rośnie, co nas bardzo cieszy, bo mamy poczucie że Polacy są coraz bardziej świadomym społeczeństwem.

     

    5. Obsługa na tyle żywego projektu wymaga dużych zasobów.. i też umiejętności w komunikacji SM. Czym Wy dysponujecie? (tak, to jest moment na chwalenie się:)

    Asia Jaszczuk: Jednym z naszych zasobów jest nasze wykształcenie i wiedza jaką dotychczas zdobyliśmy. Związana ona jest z szeroko pojętą promocją zdrowia, zarządzaniem w opiece zdrowotnej oraz zdrowym żywieniem. Naszą największą zaletą jest unikalna cecha której nie da się podrobić :) Jesteśmy pewni, że nasza pozytywna energia to element, który jednoczy ludzi i pozwala nam wspólnie dążyć do jasno określonego celu, czyli zbudowania zdrowego i świadomego społeczeństwa :) Kolejnym niezwykle ważnym walorem projektu Lubię Pomagam są specjaliści, którzy pomagają nam w merytorycznym przygotowaniu materiałów edukacyjnych. Do naszego zespołu należą: przystojny lekarz Rafał, piękna pani farmaceutka Weronika, zawsze uśmiechnięty kucharz Michał i pozytywnie zakręcony prawnik Kamil :)

    Lubię Pomagam - infografika

    6. Odbiór akcji przez obserwujących jest bardzo pozytywny - to widać. Czy dorobiliście się też swoich hejterów albo wiernych troli?:)

    Rafał Czech: Całą energię do działania czerpiemy z pozytywnej reakcji ludzi którzy obserwują Lubię Pomagam. Niestety, jak przy każdym projekcie zdarzyło nam się spotkać na swojej drodze już nie jednego „trolla” :) W sumie cieszy nas fakt, iż nasz projekt wzbudza emocję, liczymy się z tym, że nie tylko pozytywne :) Wypracowaliśmy unikalny styl którego nie da się podrobić, natomiast dużo naszych pomysłów nad którymi spędziliśmy sporo czasu, jest podkradana przez inne, mniej kreatywne organizacje. Ale tak to już chyba bywa, że kopiuje się najlepsze pomysły :)

     

    7. Załóżmy, że dzieje się coś, czego nie planowaliście, coś niefajnego i na horyzoncie już widać kryzys socialmediowy. Co wtedy? Czy macie jakiś plan działania?

    Klaudia Daniluk: Jeśli jakimś sposobem wszystkie media społecznościowe zniknęłyby z dnia na dzień z powierzchni Ziemi, to nie oznaczałoby końca naszej kampanii zdrowotnej :) Jesteśmy właśnie w bardzo zaawansowanej fazie opracowywania interaktywnej platformy, która rozwiązuje poważny problem społeczny. Poza social media również intensywnie działamy w tzw. świecie rzeczywistym, dlatego też żadne kryzysy, nie są nam straszne :)

     

    8. Akcja kończy się 21 marca. Super data, ale zgaduję, że to nie koniec Lubię Pomagam – co dalej?

    Rafał Czech: 21 marca kończymy realizację pierwszego celu akcji „Krew- lubię to!”, czyli zebranie 1000 litrów krwi. Po 21 marca wprowadzamy kampanie zdrowotne związane z krwiodawstwem i szeroko pojętym zdrowiem, na jeszcze wyższy poziom i na jeszcze większe cele. Będzie jeszcze bardziej interaktywnie, nowocześnie i pozytywnie :)

    Instrukcja Lubię Pomagam

    Najnowsze informacje publikowane przez Lubię Pomagam znajdziecie na Facebooku (https://www.facebook.com/lubiepomagam), oraz Instagramie (www.instagram.com/lubiepomagam).

    więcej

  • 21-01-2015, 20:01
    Internetowe trolle

    Internetowe Trolle
    Internet pomimo całej swojej cennej zasobności, obfituje też w różnego rodzaju zjawiska, dziwne i często niebezpieczne. Jedną z nich jest troll internetowy. Dzięki niemu w sieci roi się od niewymowynych komentarzy, wulgarnych wpisów czy żartów. Trolle i hejterzy - to oni są odpowiedzialni za "dewstację" przestrzeni internetowej.

    Zapewne większość z nas wie co to jest hejtowanie bądź miało nieprzyjemność spotkać się z atakiem trolla. Jest to temat dobrze znany od dawna, ale warto go co jakiś czas odświeżać i uświadamiać sobie, że to nie tylko głupie i śmieszne wpisy, ale problem o wielkim zasięgu.

    Trollowanie to bezpodstawne, antyspołeczne i co ważne, zamierzone działanie, którego skutkiem jest wywołanie zamieszania w danym miejscu w sieci. Dzisiaj zjawisko to rozprzestrzeniło się na ogromną skalę, trolle już nie są anonimowi, wystarczy wejść na Facebook`a czy na Youtube`a, żeby naczytać się różnych "smaczków".

    Troll czy hejter?

    Słowa te można używać zamiennie, ale jeśli zbadać zjawisko dokładniej to dowiadujemy się, iż każdy hejter jest trollem, ale nie każdy troll jest hejterem. Hejter to najgorsza odmiana trolla internetowego. Troll jest ambitny, swoim "inteligentnym" postem ma zwrócić na siebie uwagę, podczas gdy hejter nie ma nic do powiedzenia, oprócz bezsensownych bzdur i bezpodstawnych obelg czy wulgaryzmów.

    Warto tu nadmienić znaczenie słów hejter i troll. Hejter to spolszczenie angielskiego wyrazu hater, które oznacza kogoś kto nienawidzi.Troll również ma swoje źrodło w języku angielskim, a swoją nazwę wziął od wyrazu trolling, który oznacza metodę łowienia ryb na haczyk, przynętę. Osoba trollująca "zarzuca" jakiś temat na forum, który ma wywołać kłótnię lub zamieszanie.

    W jaki sposób można trollować?

    Sposobów trollowania i rodzajów trolli jest wiele. Osobniki szkodliwe dla przestrzeni internetowej korzystają nie tylko z "wyrafinowanych" słów, ale wykorzystują również materiały video czy zdjęcia. Popularne jest też podawanie przez trolli linków, które wydają sie być ciekawe, a w rzeczywistości prowadzą np.: do stron bezwartościowych czy z wirusami. Popularne są również screamery, czyli animacje, stworzone tylko po to by przestraszyć odbiorcę. Na pewno wiele z nas wpadło w zasadzkę, gdy podczas oglądania filmiku wyskoczył potwór lub inna zakrwawiona postać.

    Doświadczone trolle tworzą świetnie grafiki i fałszywe strony internetowe, które mogą prowadzić do kryzysu przedsiębiorstwa. Same marki także biorą udział w tym procesie trollując się wzajemnie. Ciekawym przykładem są Apple i Samsung. Giganty w dziedzienie nowych technologii prowadzą ze sobą zaostrzoną rywalizację. Samsung wydaje miliony dolarów na marketing skierowany przeciwko konkurentowi. Jeden z przykładów trollowania dotyczył oczywiście nowego produktu Apple – iPhone6. Zaczęło się od opublikowania przez użytkownika serwisu MacRumors zdjęć wygiętego smartfona. (Wpis można zobaczyć tu http://www.macrumors.com/2014/09/23/iphone-6-plus-bending-pockets/). Chodziło o to, że iPhone długo noszony w kieszeni ulega zniekształceniu. Kilku innych użytkowników również opublikowało swoje "krzywe" iPhony 6  i afera gotowa. Dla Samsunga nie istotne były okoliczności powstania wygięcia, czy nawet tego, że to nie była wada urządzenia. Na efekt nie trzebabyło długo czekać. Opublikowany na Twitterze post cieszył się dużą popularnością i zdobył innych zwolenników.

    Trolling Samsung Bendgate

    Do trollowania przyłączyły się inne marki. Poniżej niektóre z postów.

    LG Bendgate trolling Twitter

    Heineken Bendgate trolling Twitter

    Częstymi "objawami" trollowania jest udawanie nieznajomości tematu, np.: forum skupione jest wokół zalet danego systemu komputerowego, wtedy troll zapyta czym jest system komputerowy. Innym, równie popularnym sposobem trollowania jest mowa-trawa, czyli używanie słów niedorzecznych, bez pokrycia, do tego często dodawane są wulgaryzmy i inne prowokacyjne słowa.

    Polecam Ilustrowaną Encyklopedię Internetowa trolli, http://trole.joemonster.org/.
    Stworzył ją Mike Reed. Świetnie ilustruje typy trolli i ich sposoby na uprzykrzanie życia internautom. Poniżej jeden przykład z encyklopedii.

    Trol internetowy Krzykacz
    Krzykacz

    Krzykacz - ma zwyczaj wspomagać swoje ograniczone wywody używaniem dużych liter (Caps Locka`a). Oczywiście, że kilka słów napisanych dużymi literami może nadać wypowiedzi ostrzejszy ton, ale nadużywanie ich to przesada. Ma to także zły wpływ z taktycznego punktu, ponieważ pozostali bojownicy szybko zorientują się, że taka osoba jest nadpobudliwa oraz ograniczona werbalnie, czego nie omieszkają wykorzystać.

    Złamanie netykiety i prawa

    Hejterzy i trolle łamią zasady netykiety, która zakazuje m.in.: używania wulgaryzmów, obrażania, pisania nie na temat czy wielkimi literami. (Tutaj można przeczytać więcej o zasadach netykiety
    www.netykieta.dlawas.net)

    W Internecie tak naprawdę nikt nie jest anonimowy. Zawsze można dojść do tego kto, skąd, kiedy i gdzie. Wirtualni agresorzy również podlegają karze. Według art. 216 § 2 Kodeksu Karnego "Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku." Takich zakazów jest więcej, jednak problem jest na tyle duży, że niewiele z winnych zostaje złapanych i ukaranych.

    Troll jest trollem i zawsze będzie chciał tylko i wyłącznie trollować. Broń na trolla to ignorancja. Jego pokarmem są nasze negatywne emocje i reakcje na zaczepki, pozbawiony uwagi – umiera, a więc nie karm trolla!

    Na koniec grafika, która obrazuje, że fajnie jest być odważnym za ekranem monitora, ale w realnym świecie przychodzi to dużo dużo trudniej.

    Komiks o trolach internetowych

    Źródło grafik: mashable.com, nonsensopedia.wikia.com, joemonster.org, ostatnia-strona.blogspot.com

    więcej

  • 22-12-2014, 18:49
    Remarketingowe życzenia świąteczne

    remarketing w życzeniach świątecznych

    Wtórność jest męcząca, a jeszcze bardziej męcząca jest wtórność w w dużej ilości.
    Wiecie ile razy w tym roku dostałem tego samego stocka w życzeniach świątecznych??

    Szczerze mówiąc nie wiem, bo po 3 szt. zacząłem już odbierać maile z życzeniami klawiszem „Delete” - polecam, oszczędza dużo nerwów;)

    Kilka lat temu bardzo spodobały mi się „ręcznie robione” kartki elektroniczne – czyli grafika ASCII. Fajna sprawa i na tyle unikatowa, że zostaje w głowie i nie kojarzy się ze stocko-chłamem życzeniowym.

    Życzenia to jednak na tyle fajny pretekst, aby się przypomnieć klientom, że jak najbardziej warto z niego skorzystać. Aby jednak w pełni go wykorzystać warto zrobić coś więcej. Dzisiejsze technologie webowe oferują tyle możliwości, że zwykłą głupotą jest trzymanie się e-maili z życzeniami jako jedynego słusznego sposobu komunikacji.

    Zróbmy coś fajniejszego – złóżmy życzenia wszystkim osobom, które odwiedziły naszą stronę. Do tego możemy wykorzystać remarketing, czy to za pomocą sieci reklamowej Google, Facebook Ads (WCA), czy RTB (w Polsce np. iBillboard).

    Najpierw trzeba się przygotować

    Remarketing to po prostu wyświetlanie reklam osobom, które odwiedziły już naszą stronę.
    Jednak jeżeli w żaden sposób nie zbieramy danych o tych osobach, to nie będziemy mogli ich wykorzystać.
    Nasza strona musi mieć podpięty skrypt remarketingowy Google AdWords, Analytics albo Facebook Web Custom Audiences. Taki skrypt musimy podpiąć co najmniej kilka miesięcy wcześniej. Im wcześniej znajdzie się na stronie, tym więcej osób ją odwiedzających obejmiemy zasięgiem prowadzonych kampanii.

    Uprzedzając padające czasem na rozmowach z klientami pytanie: nie. nie da się wykorzystać danych sprzed daty podłączenia skryptów remarketingowych, bo po prostu tych danych nie ma:)

    Do przeprowadzenia samej kampanii potrzebować będziemy zestawu banerów (ca 14 szt.). Nie jest wymagany nawet landing page, bo celem nie jest konwersja, tylko zachowanie relacji, więc reklamy możemy linkować nawet na stronę główną. Na banerach nie musi znajdować się żaden przycisk CTA (Call to Action).

    Na koniec musimy zarezerwować środki na kampanię i zlecić jej wykonanie:)

    Ile to kosztuje?

    Całościowy koszt przeprowadzenia takich działań składa się z trzech składników: budżetu na kliknięcia, wynagrodzeniu za czas kogoś kto to skonfiguruje oraz wynagrodzenia grafika, który przygotuje zestaw banerów. Czyli jak zwykle w marketingu – „wszystko zależy”, ale na pewno nie są to kwoty, które dla małej/średniej firmy powinny przekraczać 1000 zł.

    Co daje remarketing w życzeniach świątecznych?

    W skrócie – nasze banery z życzeniami zobaczą wyłącznie osoby, które już odwiedziły naszą stronę. Nie tylko stali klienci, ale też wszyscy ci, którzy chociaż przez chwilę byli u nas w firmie. Oczywiście nie fizycznie w biurze, ale w jego wirtualnym odpowiedniku, czyli na stronie.
    Do złożenia takich życzeń wymagany jest tylko jeden warunek – dana osoba była u nas na stronie, a dodatkowo nie interesuje nas zbieranie danych osobowych i wszelkie inne komplikacje związane z przechowywaniem baz (vide GIODO). Moim zdaniem taki rodzaj działania sprawdzić się może dla firmy z każdej branży.

    więcej

  • 15-08-2014, 17:48
    URL builder – jak tego używać

    Ten wpis będzie techniczny. Jednak jak przebrniecie do końca i wpoicie sobie tę wiedzę – nie będziecie żałować;)
    Praktycznie każda strona ma podpięte Google Analytics. Narzędzie to dostarcza całe morze danych i przy poznaniu sposobów ich sortowania możemy dowiedzieć się naprawdę zaskakujących i ważnych rzeczy o swojej stronie. Jedną z funkcjonalności Analyticsa jest wyświetlanie źródeł ruchu na stronie. Te źródła możemy sobie dowolnie spersonalizować posługując się tytułowym URL Builderem.

     URL Builder – co to jest?

    W największym skrócie URL Builder jest to narzędzie, które pozwala nam śledzić skuteczność różnych źródeł ruchu prowadzących na naszą stronę za pomocą Google Analytics. Posługiwanie się nim polega na uzupełnieniu formularza, który wygeneruje nam gotowy do użycia link.

    Kiedy to się przydaje?

    URL Builder ma zastosowanie we wszelkich działaniach, na które wydajemy pieniądze. Skoro mamy narzędzie, które umożliwia pomiar danych, to naszym obowiązkiem jest je wykorzystać.

    Najpopularniejsze przypadki użycia linków wygenerowanych przez URL Buildera:
    - newslettery (dzięki temu odróżnimy wejścia bezpośrednie przez wpisanie adresu od kliknięcia w newsletterze)
    - reklamay banerowe
    - artykuły sponsorowane
    - współpraca z blogami
    - na stronach partnerów biznesowych
    - reklamy mobilne (tak, Google Analytics też pozwala nam to śledzić)
    - wewnątrz własnych stron (jeżeli nie mamy zainstalowanej analityki opartej o zdarzenia i Google Tag Managera)
    - w stopkach maili

    Jak tego używać?

    Tu akurat nie ma nic skomplikowanego, wystarczy wejść na stronę:
    https://support.google.com/analytics/answer/1033867?hl=pl powpisywać wartości i kliknąć niebieski przycisk „Prześlij”. Wygeneruje nam to gotowy link, który możemy wklejać, gdzie nam się podoba. Problem pojawia się, gdy zaczynamy się zastanawiać co i gdzie wpisać, żeby to dało nam jakieś sensowne wyniki.

    Struktura danych

    Najwyższym poziomem organizowania danych za pomocą URL Buildera jest kampania i to od niej powinniśmy zacząć pracę z tym narzędziem.

    Kampania, jak to na kampanię przystało jest osobną kampanią:) Przykładem niech będzie kampania „jesienna kolekcja”. W ramach niej uruchamiamy ileś-tam działań i każde z nich jest składnikiem tej samej kampanii. Dla przykładu newsletter wysłany w ramach „jesiennej kolekcji” nie ma nic wspólnego z newsletterem z „wiosennej kolekcji” (jest to już inna, kolejna kampania).

    URL Builder

    Kolejne 2 pola, które nas powinny zainteresować to źródło i medium. Przed wprowadzaniem w nie wartości warto sobie w głowie poukładać, jak będziemy organizować nasze kampanie.

    „Źródło” to nic innego jak wydawca. Czyli jeżeli dane będą pochodzić z reklam Google AdWords, to wpiszmy tam po prostu google (albo google_adwords).

    „Medium” to po prostu „nośnik” i inaczej tego nie da się rozumieć. Pole to jest rozwinięciem dla źródła. Chodzi o to, że w ramach jednego wydawcy (źródła) dostępne są różne rodzaje nośników. Np. w przypadku Google mogą to być reklamy w wyszukiwarce, banerowe, wejścia z google+, z linku w opisie map, etc. Różni wydawcy mogą się posługiwać tym samym medium i jeżeli to weźmiemy pod uwagę przy konstruowaniu linków, może nam to ułatwić późniejszą analizę danych (np. porównanie jak radzi sobie baner 300x250 u różnych wydawców).

    Ważne jest, aby przy konstruowaniu linków trzymać się raz przyjętych wartości. Czyli dane z newslettera zawsze oznaczamy jako źródło „newsletter”, a dane z reklam Facebooka jako „facebook”.

    Pozostają nam jeszcze dwa pola: „Treść kampanii” i „Hasło kampanii”.
    „Treść kampanii" przydaje się do sprawdzania, jak np. działają różne kreacje reklamowe. Co więcej można nawet sprawdzić jak działają te same kreacje u różnych wydawców – wystarczy tylko konsekwentnie nazywać reklamy.

    "Hasła kampanii" nie miałem okazji nigdy użyć. Wg opisu służy do identyfikacji słów kluczowych użytych w kampaniach (da się po tym wyfiltrować dane w Analytics). Jest to jednak nieużyteczne od czasu wprowadzenia automatycznego tagowania linków przez AdWords.

    Przykładowe zestawy danych

    źródło: konferencja-prasowa
    medium: e-mail
    reklama: link-w-stopce
    kampania: promocja-jesienna

    źródło: facebook
    medium: post-aktualnosci
    reklama: kreacja-czerwony
    kampania: promocja-jesienna

    źródło: facebook
    medium: post-prawa
    reklama: kreacja-niebieski
    kampania: promocja-jesienna

    źródło: rtb
    medium: baner
    reklama: kreacja-niebieski
    kampania: promocja-jesienna

    Gotowy link:
    http://www.destylator.at/?utm_source=facebook&utm_medium=post-aktualnosci&utm_content=kreacja-czerwony&utm_campaign=promocja-jesienna

    Gdzie zobaczymy efekty?

    W Google Analytics, ale to już na pewno wiecie;)

    #1 Po zalogowaniu się do Analyticsa i wybraniu widoku danych, z menu po lewej stronie wybieramy „Pozyskiwanie”, a następnie „Kanały”, jak na grafice niżej:

     Kanały Google Analytics

    #2 następnie w oknie głównym wybieramy (Inne):

     Kanały inne - Google Analytics

    #3 Po kliknięciu ukaże nam się lista źródeł, jakie sami sobie w różnych kampaniach powpisywaliśmy:

     Google Analytics - lista kanałów Inne

    Na przykładzie wyżej doskonale widać, jak kończy się brak konsekwencji w zachowaniu nazewnictwa źródeł w różnych kampaniach;)

    #4 Czas na sortowanie danych
    Załóżmy, że chcemy zobaczyć, jak „performował” ruch pochodzący z różnych kampanii. Aby tego się dowiedzieć klikamy Inne > Pozyskiwanie > Kampania, jak na obrazku niżej:

     Google Analytics - filtrowanie po kampaniach

    Naszym oczom powinna się ukazać lista wszystkich przeprowadzonych w ostatnim czasie kampanii (przykład zaprzyjaźnionej kwiaciarni w Krakowie):

     Analytics - filtrowanie po kampaniach 2

    Ten „dzien_matki” to niedobitki jakiejś starej kampanii, która gdzieś się przypadkiem przełączyła na 2 kliknięcia, sama oczywiście;)

    #5 Dodajmy do tego więcej danych. Aby to zrobić, klikamy w Wymiar dodatkowy > Reklamy > Treść reklam, jak na obrazku niżej:

     Google Analytics - wymiar dodatkowy treść reklam

    Jak wcześniej wszystko dobrze poustawialiśmy, to powinniśmy zobaczyć coś takiego:

     Dodatkowy wymiar Google Analytics

    Na przykładzie wyżej widać, co zostało wpisane w pole „Treść kampanii” URL Buildera. W tym wypadku dotyczy to wyłącznie reklam Facebooka i ich targetowania. Dzięki zastosowaniu URL Buildera widzimy, że najbardziej na stronie angażowały się osoby, które kliknęły w reklamę oznaczoną jako wca. Spędziły najwięcej czasu na stronie, najgłębsze odwiedziny i najmniejszy współczynnik odrzuceń.
    (BTW: kto zgadnie od czego jest wca?;)

    Extras: URL Builder i Facebook Ads

    Da się! I do tego bez wklejania tasiemców ze znacznikami utm w treść bezpłatnie publikowanych postów;)
    Aby to zrobić niestety trzeba użyć Power Editora, bo ta funkcja została wyciachana przez twórców Facebooka ze standardowego panelu zarządzania reklamami.
    Z resztą – spójrzcie na grafikę niżej – wszystko będzie jasne:

     Power Editor znaczniki UTM

    Ważne: w to pole wklejamy tylko kawałek zaczynający się od znaku zapytania. Sam znak zapytania pomijamy, czyli tylko to: utm_source=facebook&utm_medium=post-aktualnosci&utm_content=pomaranczowe-logo&utm_campaign=post-urlbuilder

    Jakieś granice?

    Przede wszystkim rozsądek i szacunek do odwiedzających stronę;) Moim zdaniem nie powinno się używać URL Buildera w przypadku działań bezpłatnych, czyli wrzucania postów na Facebooku, dyskusji na forach. Nie dość, że taki, tasiemcowaty link wygląda nienaturalnie to zachowujemy się jak nieszanujące ludzi cwaniaczki udostępniające wszystko za pomocą bitly;)

    Nie zawsze zadziała

    Niestety niektóre dedykowane systemy zarządzania treścią na stronach (CMS) automatycznie wycinają znak zapytania i zamiast strony docelowej z otagowanym źródłem odwiedzin zobaczymy błąd 404.
    Linki stworzone za pomocą URL Buildera też nie mają racji bytu w kampaniach AdWords (poza przypadkami kierowania ich na zewnętrzne strony). To z tego względu, że posiadają one automatyczne tagowanie, które da nam znacznie więcej danych.

    Znasz jeszcze jakieś fajne zastosowania URL Buildera? - pochwal się w komentarzach:)

    Czegoś nie ogarniasz? Napisz – postaram się wytłumaczyć i odpowiedzieć na wszelkie pytania.

    Grafika: pixabay.com

    więcej

  • 06-08-2014, 22:09
    Webinar – nowe narzędzie marketingowe

    W marketingu, promocji i komunikacji społecznej posługujemy się wieloma różnorodnymi kanałami komunikacyjnymi szukając tych najbardziej pasujących pod określony target. Przebieramy w rozmaitych narzędziach marketingu i promocji celem optymalizacji jasności przekazu i skuteczności podjętych działań. Przy tworzeniu strategii opieramy się na najnowszych badaniach pokazujących tendencje społeczne i zawierające prognozy względem obszarów zainteresowań. Jest jednak narzędzie niezmiernie uniwersalne, pasujące niemal do każdej dziedziny, metody i celu oraz zastosowania.

    Silny przodek, czyli kilka słów o mocy wideo

    Wykorzystanie przekazu audiowizualnego w promocji cieszy się zasłużonym zainteresowaniem. Komunikaty wysyłane za jego pomocą są doskonałym sposobem przyciągnięcia zainteresowania i dotarcia do dużej liczby odbiorców. Przecież nie mamy czasu na czytanie, a większą uwagę zwracamy na to, jak i w jaki sposób, coś zostało powiedziane (mowa ciała), a nie na treść przesłania. Sam obraz to jednak zdecydowanie za mało... Lubimy pooglądać śmieszne obrazki i przeczytać zabawny krótki opis, ale przy konieczności przyswojenia większej ilości informacji zwykle wybieramy wideo.

    Jak wynika z badania Nettrack przeprowadzonego do kwietnia 2014 roku, blisko 65% użytkowników Internetu miesięcznie korzysta z portalu YouTube. Natomiast raport „Wideo w internecie” opracowany przez interaktywnie.com pod koniec 2012 roku, zawierający prognozy na rok 2013, jasno pokazuje wzrost akceptacji reklam audiowizualnych online, ale także rosnącą tendencję do korzystania z filmów zamieszczanych w internecie, jako źródła informacji i rozrywki (do pobrania pod interaktywnie.com/download/72). Jak widzimy obecnie, wnioski wysnute niemal dwa lata temu sprawdziły się doskonale. Wykorzystywanie filmu w komunikacji i marketingu jest dobrym sposobem dotarcia do dużego grona odbiorców.  Oczywiście samo nakręcenie materiału i umieszczenie go w sieci nie wystarczy. Niewątpliwie trzeba zadbać o jakość i odpowiednią dystrybucję. Kluczowym czynnikiem, którego nie można pominąć jest skrupulatny dobór grupy docelowej.

    Wideo w marketingu wykorzystywane jest na wiele sposobów. Może być stosowane w celu pobudzenia sprzedaży, ale także być narzędziem wykorzystywanym do kształtowania wizerunku marki. Kluczem do sukcesu i zrealizowania obydwu zamierzeń jest Webinarium – nowe i lepsze rozwiązanie będące odpowiedzią na współczesne wymagania rynku.

    Żeby zrozumieć idee - Webinar w kilku słowach

    Nazwa jest spolszczoną wersją angielskiego słowa webinar będącego połączeniem dwóch słów web oraz seminar, czyli sieć i seminarium. Jak sama nazwa wskazuje jest to seminarium prowadzone online. Główną różnicą między rozmaitego rodzaju kursami, szkoleniami dostępnymi w Internecie czy na nośnikach danych jest unikalność czasowa. Webinaria odbywają się w określonym terminie i porze po uprzednim zalogowaniu na wskazaną platformę. Wykorzystanie technologii webcast możliwa dwustronną komunikację.

    Uczestnikowi seminarium pozwala na pełne zaangażowanie i czerpanie maksimum korzyści przez dopuszczenie reakcji impulsowych takich jak: zgłaszanie uwag, wniosków, przemyśleń oraz zadawanie pytań i uzyskiwanie na nie odpowiedzi.

    Niewątpliwym plusem jest okazjonalność, a co za tym idzie nietuzinkowość spotkania. Pełne uczestnictwo możliwe jest jedynie raz. Nawet jeśli przebieg zostanie zapisany traci na aktualności. Kopie mają inną wartość dla uczestników, a inną dla niewtajemniczonych. Fakt ten niewątpliwie sprzyja organizatorom.

    Ponadto spotkania online pozwalają na zgromadzenie baz danych zawierających nie tylko imię, nazwisko, adres zamieszkania i email czy numer telefonu uczestnika. Na ogół rejestrowane są też inne informacje, takie jak: zawód, stanowisko, sprzęt (komputer, oprogramowanie), których posiadanie niesie same profity. Za ich pomocą możliwe jest przecież m.in. skuteczniejsze targetowanie reklam.

    Darmowe dla zasady

    Czy istnieje lepszy sposób promocji niż obdarowanie konsumenta darmową próbką w dodatku będącą dokładnie tym, czego akurat potrzebuje?

    Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się zdawać. Przypomina trochę sytuację prasy: aby pobudzić sprzedaż magazynów drukowanych wydawcy wrzucali artykuły do sieci umożliwiając nieodpłatny dostęp do nich. Doprowadziło to do efektu odmiennego niż założony.

    Biorąc pod uwagę rozwój technologii oczywistą koleją rzeczy jest przenoszenie prasy drukowanej na nośniki elektroniczne. Efekt ten jest nieunikniony, tak samo jak niegdyś zmiana formatu gazety i jakości papieru. Odbyło się to w odpowiedzi na tendencje, trendy społeczne i nowy porządek.

    Co się stało, skoro jedyne z czym mamy do czynienia to normalne zmiany społeczne? A no właśnie... Owa darmowa próbka się stała. Doszło jeszcze przyzwyczajenie - jedna z najgorszych skłonności ludzkich. Przywykliśmy do tego, że w Internecie możemy znaleźć wszystko. Nie dostrzegaliśmy, więc sensu żeby płacić za możliwość przeczytania artykułu. Nie chodzi o to, czy nas stać, czy też nie. Wielu zdawało się to najzwyczajniej nielogiczne. Na szczęście zaczyna do nas powoli docierać, że za jakość trzeba płacić...

    Dostarczaniem darmowej próbki w celu przekonania do zakupu produktu bądź usługi jest moim zdaniem słusznym elementem strategi. Kontynuując wcześniej podany przykład prasy, dobrą podnętą angażując do zakupu dostępu do e-gazety, artykułu byłby lead (kilka zdań streszczających zawartą treść).

    Odsuńmy jednak słowo piane na dalszy plan. Jak już wspominałam na wstępie, współcześnie to obraz ma większą siłę przebicia. Co tu dużej kryć, jesteśmy przecież społeczeństwem obrazkowym. Najwyższy czas zacząć ten fakt zaakceptować i zacząć wykorzystywać.

    Najpierw wideo, a później webinarium w sprzedaży

    Posługując się przekazem audiowizualnym możemy aktywizować sprzedaż produktów bądź usług. Firma zajmująca się organizowaniem szkoleń powinna udostępnić materiał wideo obrazujący sposób przebiegu szkolenia. Miliony takich właśnie filmików instruktażowych (np. z Excela, SPSSa, PowerPointa) dostępnye są na Youtube. Niektóre z nich zawierają informacje odnośnie dalszych szkoleń bardziej szczegółowo poruszających owe zagadnienie. Klucz tkwi w tym, aby przez przypadek nie dać ani za dużo ani za mało, a dokładnie tyle, ile zachęci do zakupu produktu.

    Czyli ile? Tego nie da się określić jednoznacznie. Niemniej, dzięki narzędziu przedstawionemu w początkowych akapitach, można nie tylko precyzyjnie dozować dostarczaną wiedzę, ale nakłonić do skorzystania z oferty posługując się kilkoma prostymi regułami wpływu społecznego.

    Jak wspominałam wcześniej webinaria świetne są ze względu na formę i przystępne wymagania sprzętowe. W celu pobudzenia sprzedaży przeprowadzić można krótkie seminarium pokazujące wygodę tego typu spotkań oraz podejście i wiedzę instruktorów.

    Piny, komentarze i emaile

    Jakiś czas temu wzięłam udział w webinarium na temat kształtowania wizerunku małej firmy za pomocą Pinteresta. Prowadząca, Melanie Dunkan podzieliła się kilkoma informacjami odnośnie komunikacji z klientami oraz sposobami pobudzenia sprzedaży online przy użyciu Pinteresta. Zdradziła kilka fajnych trików i sztuczek. Usłyszałam trochę rzeczy nowych, lecz więcej złotych, uniwersalnych reguł ogólnie dotyczących marketingu. Celem seminarium nie było uczynienie z uczestników „pinowych specjalistów”, a pokazanie braków oraz wskazania kierunku, w którym należy podążać. Było umiejętnie wykorzystanym narzędziem do budowania marki. Podarowana próbka zachęcić miała do zakupu produktu - w tym wypadku pełnego szkolenia i, jak się okazało na przestrzeni kolejnych dni, całej masy innych rzeczy.

    Systematycznie otrzymywałam emaile adresowane personalnie do mnie zawierające pytania, ciekawe pomysły i rozwiązania oraz newsy. Wysyłane komunikaty mówiły „otrzymałaś coś ode mnie, teraz czas na rewanż. Specjalnie dla Ciebie mam ekstra ofertę, aktualną tylko przez godzinę.” albo „Przegapiłaś skorzystanie z oferty! To był hit... tak mi przykro! Mam dla Ciebie coś innego, lepszego. Słyszałaś o...”

    Nic nie jest za darmo

    Nieświadomi zaczęliśmy płacić za uczestnictwo na samym początku, wypełniając kolejne kroki związane z rejestracją. Udostępniliśmy dane osobowe, takie jak imię i nazwisko oraz adres e-mail. Pośrednio zdradziliśmy również czym się interesujemy. Udzielone informacje to dokładnie tyle ile potrzeba do targetowania reklamy. To jeśli chodzi o późniejsze zabiegi, bo panią Dunkan i jej działalność już zareklamowaliśmy. Ostatnim punktem rejestracji było napisanie i opublikowanie komentarza. Spora liczba osób posłużyła się prastarą techniką „Ctrl+C/Ctrl+V” zamieszczając szablonowy tekst zasugerowany przez Melanie. Ja wykazałam się odrobiną improwizacji, jednak przesłanie zawarłam. Tak czy inaczej, dokładna treść nie miała większego znaczenia. Liczył się fakt „puszczenia” w świat informacji o niniejszym webinarium, o prowadzącej, o marce, o firmie. Komentarz pojawił się w aktywności osoby na Facebooku, co jednocześnie stało się gwarancją autentycznej i wiarygodnej reklamy, gdyż na pozór z dobrowolnych pobudek.

    Dlaczego to działa?

    Zabiegi podobne do wyżej opisanego nie należą do innowacyjnych praktyk. Opierają się na tych samych filarach, co każda stratega marketingowa.

    Sukces „darmowej próbki” polega na właściwym wykorzystaniu zasad wywierania wpływu społecznego na ludzi, o których pisał Robert Cialdini (przeczytaj moją recenzję książki).

    Analizując wyżej opisany przykład znalazłam bardzo dużo reguł perswazyjnych i manipulacyjnych. Te, które silnie wybijały się na tle innych zabiegów i zdecydowanie nie stanowiły mojej nadinterpretacji to na przykład:

    • Reguła Wzajemności - teoretycznie dostajemy coś za darmo. Możemy być świadomi, że działania nie są do końca bezinteresowne. Mimo to prawdopodobnie odczuwamy potrzebę rekompensaty. Mamy możliwość wyboru, czy pozostaniemy dłużnikami (z czym nie czujemy się zbyt komfortowo), czy też spłacimy dług wykupując którąś z usług.
    • Reguła Lubienia i Sympatii – w tym wypadku ściśle powiązana, bazująca na poprzedniej zasadzie, gdyż nie znamy prowadzącej. Możemy jednak mieć namiastkę „poznania” przez udział w webinarium. Formuła spotkania na to pozwala, ponieważ odbywa się bezpośrednio w czasie rzeczywistym.
    • Reguła Społecznego Dowodu Słuszności – badając opisany case widzę dwa zastosowania tej reguły. Po pierwsze, skądś dowiedzieliśmy się o akcji. Jeśli nie z reklamy (prawdopodobnie na Fecebooku) to przez znajomych. Po drugie przez zintegrowanie platformy z portalami społecznościowymi możemy zobaczyć ile osób wyraża chęć wzięcia udziału w owym seminarium. Często linki publikowane są na forach grup zainteresowań (np. na LinkedIn). Podążamy zatem za grupą.
    • Reguła Zaangażowania i Konsekwencji – ta zasada jest bardzo silna. Nawiązuje do próżności ludzkiej.  W tym wypadku działa poprzez poczynienie kilku na pozór niezobowiązujących kroków, takich jak: zapisanie się oraz udostępnienie komentarza. Z początku czynimy to z ciekawości. Może też trochę z wyrachowania. Pokazujemy że jesteśmy aktywni, udzielamy się i rozwijamy w obszarach zainteresowania. Później nie mamy większego wyboru...

    Od filmu do webinarium – skuteczne narzędzia w kreowaniu wizerunku

    Nagrywanie i umieszczanie filmików (recenzujących, instruktażowych, krótkich szkoleń etc.) to trend niezwykle przydatny w aspekcie kierowania wizerunku osób tudzież firm. Wideo w PR ma wiele zastosowań. Daje dużo pole manewru przy tworzeniu image, ale także ułatwia komunikację wewnętrzną oraz zewnętrzną.

    W celu zobrazowania posłużę się realnym casem (z wielkiego świata show businessu). Firmą-wzorem będzie Domino's Pizza.

    Ta amerykańska sieć pizzerii oprócz standardowych reklam w swojej kampanii wykorzystuje przekaz multimedialny umieszczając w Internecie filmiki o charakterze oddolnym, niemal partyzanckim.

    Widz może zobaczyć m.in. jak powstaje pyszna pizza Domino's, w jaki sposób dobierać składniki, czy nawet w jak dostarczyć karton z pizzą za pomocą drona.

    Jest też przedmiotem korzystnych materiałów reportersko-recenzenckich kręconych głównie przez miłośników pizzy.

    Niektóre z tych o pozytywnym wydźwięku mogą być rzeczywiście niereżyserowane. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż powstają w efekcie kuli śnieżnej. Niezależnie od podstawy, liczy się to, że wyglądają na autentyczne.

    Prawdziwą moc przekazu audiowizualnego i możliwości komunikacyjnych, jakie daje to narzędzie pokazała afera wywołana wypłynięciem do sieci Prank Video (prank [am.] psikus, figiel).

    Film umieszczony na YouTube i portalach pokrewnych, pokazywał akty, których dopuszczali się pracownicy pizzerii podczas rutynowej zmiany w kuchni.

    Doświadczeni specjaliści od wizerunku niemal natychmiast zaczęli działać. Wypuścili materiał ukazujący prezesa sieci przepraszającego i wyrażającego ubolewanie nad zachowaniem bohaterów wideo - zawiedzionego, poszkodowanego i co najważniejsze działającego.

    Błyskawiczna reakcja pozwoliła zgrabnie zamortyzować upadek Domino's Pizza. Umieszczenie w serwisie YouTube i na stronie firmy oświadczenia, wrzucanie do Internetu filmów o wartościowym przekazie oraz dopilnowanie, aby Prank Video zniknęło z sieci (wyjątkiem są wiadomości), jest przykładem dobrego wykorzystania możliwości tej formy komunikacji.

    Wystąpienie Particka Doyle'a było pójściem o krok na przód. Zrezygnowano z pośrednictwa mediów takich jak prasa czy telewizja, dzięki czemu efekt był znacznie szybszy i bardziej wiarygodny. Posługując się tymi samymi kanałami, co twórcy felernego materiału, trafili do grona odbiorców, do którego należało dotrzeć, aby zatrzeć złe wrażenie.

    Kolejny krok, a w nim profesjonalizm, scenariusz, autentyczność i bliskość

    Nie tylko amatorski (i pół-amatorski) przekaz wizualny, stanowiący odpowiedź na kryzys może być stosowany, jako narzędzie sprzyjające dbaniu o wizerunek. Webinaria dają możliwość przeprowadzenia w pełni wyreżyserowanego wystąpienia, przekazania misji i wartości, przy równoczesnym zachowaniu autentyczności w odbiorze. Zarząd Domino's Pizza mógłby zwołać internetowe seminarium i opowiedzieć historię ze swojego punktu widzenia, wytłumaczyć się, skarcić złe zachowanie, przeprosić, ale także pozwolić zadawać pytania i udzielać odpowiedzi w czasie rzeczywistym! Byłaby to klasyczna konferencja przeprowadzona w odpowiedzi na kryzys, z tym, że w pełni monitorowana, bezpieczniejsza i oczywiście szybciej zorganizowana.

    W wypadku webinariów traktowanych, jako narzędzie promocji wizerunku, w odróżnieniu od wykorzystywania ich w sprzedaży, rzadko kiedy efekty widoczne są natychmiast. Stanowią bowiem element budujący wizerunek marki, a co za tym idzie, powinny być traktowane w charakterze inwestycji w przyszłość.

    Webinaria: płatne, czy bezpłatne?

    Internetowe seminaria, podobnie jak te prowadzone w przestrzeni rzeczywistej, mogą być odpłatne lub darmowe. Uściślenie powinno stanowić odrębny element strategii – wpływa to na odbiór wydarzenia i powinno być spójne z polityką oraz określonym celem i zamierzonym efektem.

    Wysoce prawdopodobne jest, iż bezpłatne webinarium obejmie zasięgiem znacznie większą liczbę odbiorców niż to płatne. Duża, ogólna grupa odbiorców sprzyja rozprzestrzenieniu się informacji. Niemniej jednak czynniki takie jak: stopnień świadomości, zainteresowanie działalnością marki albo głównym tematem spotkania będą bardzo zróżnicowane. Ostatecznie znaczna część partycypantów, może nie wynieść nic z odbytego spotkania (nie zaangażowali się w pełni).

    Wyjątek stanowić mogą szkolenia specjalistyczne dedykowane hobbistom-pasjonatom. Przy wąskim, wyspecjalizowanym gronie odbiorczym feedback i wzmianki są niemal pewniakiem, ponieważ każdy chce się pochwalić aktywnością oraz kompetencjami, ale także większą krytyką i wzmożoną czujnością. Będąc członkiem grup tematycznych (np. z dziedziny Marketingu, Social Media) brałam udział w rozmaitych adekwatnych tematyce seminariach.

    Wprowadzenie opłaty za uczestnictwo w e-seminarium też ma sens. Czyni go bardziej prestiżowym i wartościowym. Zagwarantuje uwagę audiencji, późniejsze wzmianki przez kanały social media. Marka będzie pozytywnie kojarzona, jako znawca - kompetentny mentor. Oczywiście biorąc pod uwagę, iż oczekiwania uczestników zostaną spełnione. ;)

    Firma/marka/osoba może przyjąć rolę organizatora-inicjatora a także gościa-specjalisty.
    Bazując na wyżej przedstawionym przypadku Domino's Pizza, biorąc pod uwagę profil firmy, tematyka webinariów dotyczyć powinna świata kulinarnego. Abstrahując od opisanego kryzysu i działań podjętych w związku z nim, spotkania mogłyby przyjąć formę:
    - warsztatów (na temat sposobu przygotowywania pizzy),
    - poradników (w jaki sposób wybierać najlepsze składniki i na jakiej zasadzie wzajemnie je komponować),
    - szkoleń (jak ugniatać ciasto).

    Koniecznie wsparte przekazem idei i tradycji jedzenia pizzy (jakkolwiek to brzmi)!
    Włączenie tego typu kreatywnego, niekomercyjnego elementu promocji do strategii długoterminowej poprawiłoby pozycjonowanie Domino's Pizza, nadając osobowość (już nie tylko produkt, ale miejsce a nawet styl życia).

    Coś podobnego towarzyszyło wprowadzaniu do Polski restauracji Subway. Bardziej kojarzone były ze zdrowym i świeżym jedzeniem niż ze złym fast foodem. Sieć supermarketów ze zdrową żywnością Whole Food i restauracje McDonald's nieustannie używają opisywanego w tekście narzędzia (Webinarium) do dbania o wizerunek, głównie pełniąc role ekspertów. Reprezentanci często nie wspominaj nawet o ofercie. Po prostu są obecni i udzielają merytorycznych oraz przydatnych wypowiedzi.

    Wracając do case Prank Video i Domino's Pizza, z powodzeniem można znaleźć zastosowanie patowego zdarzenia. Przedstawiciel-twarz (np. Mr. Doyle) mógłby gościć w e-seminarium, a nawet przyjąć funkcję prowadzącego, inicjatora, organizatora spotkań poruszających tematy takie jak: „kultura pracownicza”, „bezpieczeństwo i higiena pracy”, „kontrola pracowników”. Tym sposobem odwróciliby szkodliwe efekty afery i przekuliby je na głębokie wartości. Nieśliby przesłanie „uczymy się na błędach. Zmieniamy się, kształcimy, edukujemy, pomagamy innym, aby przeciwdziałać tego typu sytuacjom”.

    Wyższość webinarium nad wideo, czyli kilka zdań podsumowujących

    Webinarium jest silnym, jednak jeszcze zbyt mało docenianym, narzędziem marketingowym. Jednym z jego atutów jest uniwersalność - mnogość zastosowania. Interdyscyplinarność pozwala na wykorzystywanie go w różnych dziedzinach i obszarach. Jak pokazałam w tekście, webinaria sprawdzą się przy działaniach mających na celu pobudzenie sprzedaży, ale także promujących markę, osobę, czy całą organizację.  Autentyczność, namiastka rozmowy „twarzą w twarz” (bezpośredniość komunikatu) wybijają seminaria online na tle innych narzędzi trafiających do odbiorców za pomocą Internetu. Wcześniej nagrane filmiki czy szkolenia - oprócz pospolitości, w miarę łatwego dostępu - nie umożliwiają realnego oddziaływania i wywierania wpływu na audytorium. Nie angażują, nie umożliwiają udzielenia feedbacku w tak wysokim stopniu a co najważniejsze nie dzieją się tu i teraz. To właśnie płaszczyzna czasowa e-seminarium ma ogromne znaczenie. Konkretny, jasno wyznaczony moment trwania potęguje jego atrakcyjność. Staje się niepowtarzalne – jedyne w swoim rodzaju. Ograniczona dostępność sprzyja skuteczności tego narzędzia.

    Webinaria są niezmiernie uniwersalne nie tylko ze względu na zastosowanie. Sprawdzą się w rozmaitych obszarach i przy przeróżnych strategiach. Umożliwiają dotarcie do szerokiego grona odbiorców jaki i wąskiej, szczegółowo określonej grupy.

    Komunikacja za pomocą tego kanału charakteryzuje się łatwością dotarcia. Pozostawia duże pole manewru, naginania i dopasowywania przekazu stricte pod adresata. Umożliwia kontrolowanie przebiegu procesu, moderowanie go w celu jeszcze lepszego dotarcia i optymalizacji efektów. Elastyczność, autentyczność, unikalność to trzy atrybuty webinarium czyniące go jednym z obowiązkowych narzędzi współczesnej promocji i marketingu.

    Grafika: someecards.com

    więcej

  • 03-07-2014, 11:01
    To TY płacisz Twoje podatki – nikt inny

    Pan-daDo tekstu natchnął mnie materiał, który dziś pojawił się w Newsweeku.
    Najlepszy kawałek: "Proszę pani, bez owijania w bawełnę. Jeśli ktoś chce odprowadzać podatek, to nie ma sprawy. Jeżeli nie, będzie 6 złotych na rękę."
    I na podstawie tego oburzony dziennikarz pisze, żeby nie dać się oszukać. Ale zaraz, zaraz? Czy ktoś tutaj kogokolwiek oszukuje? Albo chociaż próbuje oszukać?

    Kawa na ławę – masz 6 złotych. Teraz możesz sobie z nich kupić bułkę i mieć 5 (i żyć z wyrzutami sumienia, że nie zapłaciłeś podatku), albo oddać Urzędowi Skarbowemu i też mieć 5 (dokładnie 4,92), ale spokojne sumienie.

    Przez takie teksty, jak wyżej pielęgnuje się hipokryzja w narodzie. Wynagrodzenie „na rekę” to jest część Twojego wynagrodzenia. Część całości. Reszta to są podatki i składki, które TY płacisz, a nie ktokolwiek inny. Nie ważne, czy pracujesz w korpo, warzywniaku, czy robisz zlecenia.

    Opisana scenka to świetny przykład kompletnego nie rozumienia podstaw. Gość z warzywniaka dał wybór. Teraz zderzając to z tytułem tekstu „Jak szukaliśmy pracy na wakacje? [Nie daj się oszukać]” bardziej pasuje: „Nie bądź szczery, bo posądzą Cię o oszustwo”;)

    Inną sprawą jest wysokość tego wynagrodzenia. Czy za 6 zł/h masz zamiar pracować? – to już jest Twoją prywatną sprawą, jak wyceniasz swój czas. Jeżeli oferta Ci nie odpowiada to po prostu jej nie bierz, ktoś się znajdzie, a jak się nie znajdzie, to zatrudniający zwiększy ofertę.

    Czy tak trudno jest pojąć, że pieniądze nie rosną na drzewach?:)

    link do teksu w Newsweeku: http://biznes.newsweek.pl/praca-na-wakacje-jak-nie-dac-sie-oszukac; fot.: freeimages.com

    więcej

  • 05-05-2014, 12:10
    Z Internetu do reala

    Internet zamiast znajomych  - Gdyby powstał portal, który pomaga znaleźć przyjaciół... ale takich przyjaciół, z którymi można gdzieś wyjść, spotykać się z nimi w realu, a nie tylko utrzymywać kontakty przez Internet... To byłoby dopiero coś! - Powiedziałam kiedyś do mojego taty. On zaśmiał się krótko.
    - Tak działają portale randkowe - odpowiedział, najwyraźniej nie rozumiejąc mojego punktu widzenia.
    - No właśnie działałyby na takiej zasadzie! Cieszyłby się zainteresowaniem, bo ludzie w gruncie rzeczy są samotni - próbowałam wytłumaczyć.
    - Aniu, ale jak znajdziesz odpowiednią osobę, to ona właśnie będzie twoim partnerem, przyjacielem, mężem, żoną... Dlatego popularne są portale randkowe, a takie przyjacielskie wersje się nie przyjmą – uśmiechnął się do mnie delikatnie, jakby rozczuliła go moja naiwność.

    Nie przekonał mnie. Nie mogłam zgodzić się z jego punktem widzenia. Na szczęście nie byłam odosobniona. Moje zdanie podzielały takie osoby jak Scott Heiferman, Brendan McGovern, Peter Kamali, Matt Meeker i Greg Whalin - założyciele meetup.com, największego w skali świata portalu społecznościowego budującego grupy lokalne.

    Spotkajmy się!

    Po raz pierwszy natrafiłam na Meetup, a wraz z nim na idee przenoszenia znajomości internetowych do świata rzeczywistego, rok temu. Szykowałam się wtedy do mojego pierwszego wyjazdu do USA i przeprowadzałam prywatny research mający ułatwić mi pierwszy kontakt z obcą kulturą.

    W Stanach Zjednoczonych serwisy tego typu są modne i dobrze prosperujące. Powodzenie zawdzięczają wysoko rozwiniętemu przemysłowi technologicznemu. Zachowania tylko w teorii kapitalistycznego społeczeństwa są bardzo socjalistyczne. Amerykanie zmęczyli i znudzili się wszechobecnym, zawsze gotowym do wspólnej pracy, zabawy i relaksu, komputerem.

    W końcu zaczęli wykorzystywać technologię, a nie nią (i dla niej) żyć. Oczy oraz działania swe zwrócili ku lokalności, namacalności doznań, czyli ku prawdziwym ludziom. Znużeni sztucznym światem, zaczęli szukać prawdziwych relacji i więzi. W tych bardziej „zaganianych” ośrodkach jak New York City zmiany te zachodzą znacznie wolniej, jednak tendencja istnieje i stale się nasila.

    Lokalne społeczności w Internecie

    Ludzie uciekają z wielkich, zatłoczonych miast i stanów w poszukiwaniu czegoś innego. Czegoś, co utracili dawno temu. Ci lepiej wykształceni, zamożni, świadomi, mający ten rzadki komfort decydowania o sobie, kierują swe kroki na ryneczki, ku zdrowej, organicznej żywności, pakują rowery czy wygodne buty do pick-upów i ruszają na łono natury... Ale samemu? Nie. W gronie rodziny, przyjaciół zarówno obecnych jak i przyszłych. Przecież w grupie raźniej.

    Socjal jest trendy

    Tendencja do poszukiwania realnych znajomości, a także możliwości spędzenia wolnego czasu z dala od komputera, napłynęła do Europy, do Polski. Zauroczona Meetupem, przebywając jeszcze Daleko za Oceanem postanowiłam, na wzór amerykański, założyć swoją własną grupę. W tym momencie Meetup istniał oczywiście już nie tylko w Stanach. Grupy zakładali rozmaici ludzie o rozmaitym hobby w rozmaitych miastach Europy. W Polsce portal nie zdobył dużej popularności.

    W moim mieście (Gdańsku) i okolicach (Trójmieście) nie funkcjonowała żadna grupa. Miałam być pierwszym założycielem, co bynajmniej nie zniechęciło mnie ani odrobinę. Zalogowałam się na moje konto i kliknęłam przycisk „Start a Meetup Group”. Miała to być grupa miłośników biegania.

    Po wypełnieniu wszystkich wymaganych pól, sporządzeniu fajnego opisu (po angielsku – nie pytajcie dlaczego), określeniu zainteresowań i tagów, gotowa byłam powołać moją własną grupę do życia. Niestety nie był to koniec. Przede mną pojawiła się informacja z żądaniem zapłaty za utworzenie wydarzenia. To mnie powstrzymało.

    Darmowej promocji nie będzie?

    Jak się później dowiedziałam, wprowadzona niedawno opłata zniechęciła sporą część najróżniejszych pasjonatów i animatorów życia codziennego. Niektórzy zaczęli „podpinać” kilka grup pod jedną, inni natomiast zupełnie rezygnowali z aktywności w ramach serwisu. Dlaczego Meetup wprowadził płatne konta? Głównie dlatego, że strona nagminnie wykorzystywana była przez marketingowców do pozyskiwania klientów w ramach „niekomercyjnej akcji społecznej”, zabawy.
    Jakkolwiek zarządcy intencje mieli dobre, podcięli sobie skrzydła i ograniczyli możliwość zawojowania Polski.

    To jednak nie oznaczało odcięcia Polaków od idei. Natknęłam się zupełnie przypadkiem na polskiego brata meetup.com, czyli na-kawe.net. Tego typu platformy społecznościowe dopiero powstają, gdyż jesteśmy jeszcze na początku drogi ku realnej bliskości. Wielu młodych ludzi zaczyna doceniać wartości, którymi (właściwie nie tak dawno temu) kierowali się nasi przodkowie. Myślę, że po zachłyśnięciu się konsumpcjonizmem w końcu patrzymy we właściwą stronę. Zaczynamy wykorzystywać dane nam dobra materialne i wynalazki współczesności do własnych celów. Nie chcemy już układać swojego życia wyłącznie tak, aby ów majątek posiadać. No cóż... Może czasami warto brać przykład od naszych przyjaciół zza Oceanu? Ucząc się na ich błędach możemy uniknąć ich powielania.

    Lokalne społeczności w Internecie

    PoSłowie

    Tekst napisałam i wysłałam. Już miałam wyłączyć komputer, kiedy to zauważyłam powiadomienie wiadomości nieprzeczytane: 1. Super! Czyżby jakaś oferta promocyjna? Niestety. Wiadomość znajdowała się na skrzynce „służbowej”. Przezwyciężyłam ogarniającą mnie rozpacz z powodu braku porannego newslettera od Groupona i spółki. Kliknęłam i otworzyłam e-maila.
    Dotyczył on wysłanego przed chwilą tekstu. Przyjęty został pozytywnie, co niezmiernie mnie ucieszyło (niemal zapomniałam o braku codziennej porcji super okazji i kuponów).
    Zostałam poproszona o drobne uzupełnienie artykułu. No cóż... miałam iść do urzędu, ale urząd nie zając... wzięłam się do roboty.

    Obejrzałam Look up autorstwa Gary'ego Turka. Krótkometrażowy film wywarł na mnie duże wrażenie, ale nie zaszokował. Byłam przygotowana dokładnie na to, co zobaczyłam. Wiedziałam jaki problem porusza niespełna pięciominutowy filmik. Było to przesłanie typowe od ludzi świadomych, kochających życie – takich którzy wpisują się w modny (i bardzo dobrze) obecnie nurt.

    Look up - krótko rzecz ujmując

    Brytyjczyk dosadnie, w sposób łapiący za serce, przedstawił kwestię marnowanego czasu. Skupiamy się na utrzymywaniu sztucznych relacji on-line (głównie za pomocą Facebooka) zamiast na tych prawdziwych. Gary ma dużo racji. Tuż po zapoznaniu się z jego komunikatem, wysłałam do niego aprobującego i pochwalnego twitta.

    Różnimy się jednak trochę w tej kwestii, ponieważ ja nie nakłaniam do odwrócenia się od cudów techniki. W mojej opinii, są one przydatne, ale nie powinny stanowić sensu naszego istnienia. Są bowiem tylko narzędziami, dzięki którym mamy żyć lepiej. Ale właśnie: ŻYĆ – nie tylko egzystować. 

    Grafika: 1, 2, 3

    więcej

  • 02-04-2014, 11:37
    Internetowy świat fejków

    Social Media to nieograniczona przestrzeń wymiany. Wymieniamy się tam wszystkim co przyciągnie naszą uwagę. Ciekawy filmik z YouTuba ląduje na Facebooku, śmieszne zdjęcie z Facebooka „leci” na Tweetera i tak dalej. Jedną z największych zalet portali społecznościowych jest to, że pojedyncze działanie wywołuje tysiąc innych działań. Informacja rozprzestrzenia się z prędkością światła i dociera do masowego odbiorcy.

    Szczególną popularnością wśród internautów cieszą się treści spontaniczne, ciekawe filmiki, virale, storytelling i humorystyczne grafiki. Niesamowity, wirtualny przepływ różnego rodzaju wiadomości potrafią umiejętnie wykorzystać zarówno marketingowcy, komicy,
    jak i kreatywni internauci. W jaki sposób? Tworzą świetnie zaaranżowane akcje, które często w sposób zaskakujący kreują świat rzeczywisty.

    Fake – słowo pochodzi oczywiście z języka angielskiego, jako czasownik oznacza fałszować, sfingować, w przypadku rzeczownika – podróbkę, imitację, fałszerstwo. W języku polskim wyraz ten przyjął się jako określenie np.: fałszywego konta zakładanego na profilach społecznościowych, nieprawdziwego, podrobionego zdjęcia. Może też oznaczać wykreowaną historię, akcję lub przedmiot, imitujące rzeczywistość.

    „Słit focia” hitem Internetu
    Ostatni przykład fejka na skalę światową – zdjęcie podczas gali Oscarów. Pierwsza fotografia – przedstawia spontaniczną, wesołą akcję - gwiazdy robią „słit focie z rąsi”. Druga – to już całkiem inna wersja zdjęcia. Widać na nim model smartfona… i tu już entuzjazm po trosze znika. Skutkiem tego były nieprzychylne komentarze pod adresem całego wydarzenia. Jednak nie to było istotne. Najważniejszy był niewiarygodny szum jaki powstał wokół fotografii.

    sepfie oscar samsung

    Miliony internautów przesyłało sobie zdjęcie i mówiło o nim. Wśród tej liczby znajdą się osoby gotowe kupić wspaniały Samsung Galaxy Note 3, którym najsłynniejsze twarze na świecie uwieczniły swój wizerunek. Co warto również podkreślić, fotografia jest wyjątkowa nie tylko pod względem miejsca, czasu i osób, ale samej formy. Tak jak wcześniej podkreśliłam to „słit focia z rąsi” inaczej selfie - swoistego rodzaj autoportret, który podbija serwisy społecznościowe. Ów fenomen selfie potęguje popularność oscarowego zdjęcia.

    Agencja marketingowa obsługująca markę Samsung bardzo dobrze wykorzystała moment na rozgłos – gala rozdania Oscarów to przecież reklama sama w sobie, do tego zdjęcie gwiazd opublikowane na Twitterze i wysoka oglądalność gwarantowana. Świetny product placement? Moim zdaniem tak.

    Wilk w hotelu w Soczi?
    Filmik z wilkiem w roli głównej, który obiegł sieć w błyskawicznym tempie to również zaplanowana akcja. Amerykańska saneczkarka Kate Hansen nagrała czworonoga (który był lub przypominał wilka ) przechadzającego się przez korytarz w hotelu w którym się zatrzymała. Dziewczyna wysłała materiał do słynnego amerykańskiego komika Jimmego Kimmela, który prowadzi swój telewizyjny talk-show „Jimmy Kimmel Live”.

    Mężczyzna wspólnie z ekipą sfingował „mrożącą krew w żyłach” historię – powstała imitacja hotelowego korytarza, sprowadzono zwierzę przypominające wilka – całość została nagrana z ukrycia przez „przerażoną” dziewczynę.  Hit Internetu gotowy. Media rozpisywały się o tym incydencie, jak również o braku przygotowania organizatorów Igrzysk. Dopiero gdy sieć obiegło video z prawdziwym bohaterem, patrzyliśmy na video z innej perspektywy:

    Tutaj inny, popularny fejk również zaaranżowany przez Kimmela:

    Uroczy list do św. Mikołaja?
    Kolejna historia, tym razem nietypowego fejka dotyczy listu do św. Mikołaja. List oryginalny, bo z adresem URL odwołującym do sklepu internetowego marki Amazon.

     list do mikołaja Amazon

    Charakter pisma wskazuje na to, że  wiadomość została napisana przez dziecko. Po tym jak użytkownik @Gequeoman opublikował list na Twitterze, rozprzestrzenił się on bardzo szybko na innych stronach, również na Mashable.com, bardzo poczytnym brytyjsko-amerykańskim serwisie m.in.: o newsach w social media, nowych technologiach i rozrywce. Jak się okazuje informacja była autorstwa pisarza i komika Zacka Poitrasa. Opublikował on list dla bloga The Inclusive w 2011. Wtedy nie wywołał on takiej sensacji jak na początku 2013r. Poitras stworzył całą serię „dziecięcych” próśb do św. Mikołaja zawierających linki, które odnosiły się np.: do serwisu Etsy.com czy Ebay.com. (można je zobaczyć tu: http://theinclusive.net/article.php?id=268).

    Ważne jest to, że jego treści nie były stworzone po to aby kogokolwiek oszukać, miały jedynie charakter humorytyczno-satyryczny. Natomiast efekt był taki, że w wielu środowiskach, jak np.: w serwisie Mashable.com odebrano wiadomość jako list dziecka proszącego św. Mikołaja o prezent w uroczy i niezwykły sposób.

    Internet jest miejscem gdzie granica między prawdą, a fałszem zostaje zatarta. Fejki są doskonałym tego przykładem. Korzystając z sieci, stajemy się w mniejszym lub większym stopniu uczestnikami świata wykreowanego. Warto czasami zwrócić uwagę, na to czy szokujący filmik nie jest zgrabnie zaplanowaną akcją.

    Źródła grafiki: mashable.com; http://pixabay.com

    więcej

  • 09-03-2014, 09:49
    McKrucjata

    Raz nadana etykieta potrafi przylgnąć na długie lata. Nieważne jak starannie obmyślona zostanie strategia dalszych działań, czasem usunięcie jej jest niemal niemożliwe.

    Anna Daleki - McDonalds w USA

    Coś takiego spotkało założoną w 1955 roku amerykańską restaurację serwującą jedzenie typu fast-food. Rosnąca popularność zaowocowała zwiększeniem zasięgu na międzystanowy, aż wreszcie - międzynarodowy. Czy w jakimś kraju nie ma McDonald's? Czy żyje jakiś człowiek nieznający tej nazwy?

    McBoycottCharakerystyczne żółte “M”, tak jak i nazwa nie są kojarzone tylko z jedną marką. Stały się czymś więcej. Nazwa McDonald's stała się nie tylko synonimem słowa "fast food", ale również przedstawicielem innych, pokrewnych jemu, restauracji, symbolem globalizacji i kozłem ofiarnym niemal wszystkich problemów współczesnego świata.

    Zarzuty stawiane popularnemu Fast Foodowi doprowadziły do transformacji profilu marki. Ułożono nowe menu zgodnie z normami żywieniowymi, zmieniono elementy wizualne, takie jak kolorystyka czy wystrój w środku restauracji. McDonald's dopasowuje się odpowiednio do każdego kraju, w którym otwiera swoje placówki. Przeistacza się zarówno pod względem serwowanych produktów oraz ich smaku, co wyglądu zewnętrznego i wewnątrz obiektów.
    Ponadto wspiera akcje sportowe, obejmuje patronatem drużyny, widowiska, a od 2012 roku jest oficjalnym sponsorem Igrzysk Olimpijskich. Nie pomogło to wiele. Marka nadal pełni rolę "chłopca do bicia". Dzierży miano czołowej restauracji sprzedającej trujące jedzenie, ale to tylko jedna z wielu przypisywanych ról. Oskarżany jest również o brutalne traktowanie zwierząt, złe traktowanie pracowników, głównego sprawcę zacierania różnic kulturowych (a to przecież Starbucks z globalnych marek jest wszędzie dokładnie taki sam).

    Kto korzysta na tym najwięcej?

    Inne sieci typu fast-food oczywiście. Z tych tłoczących się na rynku amerykańskim tylko kilka z nich przeniknęło do Europy. W czołówce obok McDonald's mamy KFC i Burger Kinga. W Stanach Zjednoczonych lista jest znacznie dłuższa, dlatego im łatwiej jest wykorzystać złą sławę McDonald's chowając się w jego cieniu. Niektóre z marek wychodzą krok do przodu uwydatniając różnice, tylko pozornie ich od siebie różniące.

    Wszystkie tego typu restauracje są do siebie bardzo podobne. Jedyne różnice polegają głównie na rodzaju oferowanego jedzenia: amerykańskie (np.Wendys, Wataburger), meksykańskie (np. Taco Bell, Chipotle), tylko kurczaki (Chick-fill-A, Popeyes) ect. Amerykanie mają oczywiście swoje ulubione miejsca.

    McDonalization

    Zdrowe Fast Foody?

    Nieprzemijający trend na produkty “Organic”, “Bio” i “Eco”  w połączeniu z przyzwyczajeniem do (i uległością względem) jedzenia typu fast-food można połączyć. Hybrydą są Food Trucks (popularne także w Polsce), w których “szybko” dostępne jest zdrowe jedzenie. Nazywane są slow-foodami, co jest niezgodne z rzeczywistością. Nadany przydomek ma za zadanie podkreślać zdrowszą istotę oferowanego pożywienia (antonim do fast-food).

    Nie tylko małe, pozornie niewiele znaczące punkty wykorzystują pragnienie jedzenia wyższej jakości, w krótkim czasie i za niewielką cenę. Subway, Schlotzsky's i inne Fast Foods pakują “świeże” warzywa i mięso w “świeżo upieczone” bułki. Chick-fill-A zapoznając się z tendencjami społecznymi ogłosiły pięcioletni plan, podczas którego mają się ostatecznie przestać używać kurczaków naszpikowanych antybiotykami i hormanami w swoich produktach. Dodatkowo restauracje są nieczynne w niedziele. Na przykładzie tej sieci widoczne jest odpowiednie rozpoznanie bieżącej sytuacji na rynku. Dostrzeżono, w którą stronę zmierzają gusta konsumentów.
    Amerykanie poważnie podchodząc do kwestii wyznania i wolności niedziele uważają za dzień rodzinny i nie mają bynajmniej ochoty spędzać go w tanich restauracjach, odwiedzanych zwykle w porze lunchu lub późnym wieczorem - w pośpiechu i pędzie. Ten dzień tygodnia spędzają na świeżym powietrzu lub innych familijnych aktywnościach.

    Prowadzona gra pozorów ma na celu oderwanie metki truciciela. Cel wydaje się być możliwym do osiągnięcia ze względu na istnienie McDonald's. To on uważany jest za reprezentanta restauracji ze “śmieciowym jedzeniem”. Znając cechy odrzucane przez społeczeństwo, nie jest trudno przywdziać maskę uwydatniając jedno a ukrywając drugie.

    Powrót do natury

    Jeśli chodzi o styl życia Amerykanów to zmienia się on sukcesywnie. Przemija chęć życia w pośpiechu, pogoni za pieniędzmi i karierą. Rodzina, spokój i samozadowolenie to wartości stopniowo zdobywające przewagę. Nadeszły też czasy większej świadomości konsumenckiej. Już nie wystarczą produkty z etykietą “Eco”, “Bio” bądź “Organic”. Teraz Amerykanie czytają skład kupowanych produktów oraz kraj pochodzenia. Jeśli mogą, uprawiają własne ogródki warzywne i odwiedzają targi, gdzie kupują naturalne produkty prosto od hodowcy. Są one droższe, jednak liczy się wyższa jakość niż ilość i cena.

    McDonald's również podąża za tym trendem. Umieścił w menu zdrowsze propozycje, wzbogacił wszystko zielenią i rozbudował segment kawowy (McCoffee) jakby zazdrościł Starbucksowi aprobaty społecznej. Na razie nie może jednak zmyć z siebie złego imienia “najgorszego z najgorszych”. Dziwna McKrucjata, która powstała we właściwym czasie, a jej cel był racjonalny i słuszny, straciła sens swojej misji obwiniając jedną markę. Nikogo nie obchodzi już ta wojna. Każdy wie, co jest w burgerach i jak długo McFries zachowują “świeżość”. Nieustające ataki doprowadziły do znieczulicy/ Ludzie nadal jadają i jadać będą w Fast Foodach.

    Na przykładzie McDonald's widać jak kapryśny jest rynek. Niezależnie od tego, jak dobrzy spece od marketingu i wizerunku pracują nad kampanią i strategią, nie jest łatwo zdjąć raz przyklejoną etykietkę. Wątpię żeby cały ten szum przyniósł jakiekolwiek straty w dochodach McDonald's czy którejś z pokrewnych restauracji. Niemniej, jest to swoista nauczka dla każdej firmy. Nie zawsze dobrze jest być liderem.

    więcej