Postarajcie się mnie jednak wysłuchać, bo napiszę o czymś dużo
ważniejszym. Kształt wojen copyrightowych pokazuje bowiem, jak będzie
wyglądała walka o przeznaczenie samej idei komputerów ogólnego
przeznaczenia.
Na początku mieliśmy sneakernet.
Mieliśmy dyskietki przenoszone w sportowych torbach, tekturowych
pudłach, wywieszone w sklepach i sprzedawane jak batoniki. Były podatne
na kopiowanie, zatem kopiowano szybko i rozpowszechniano powszechnie ku
wielkiemu smutkowi tych, którzy produkowali i sprzedawali
oprogramowanie.
Wtedy na scenę wkroczyły systemy DRM,
elektroniczne zarządzanie prawami autorskimi, w swojej
najprymitywniejszej formie, nazwijmy ją DRM 0.96. Wprowadziły fizyczne
znaczniki, których poszukiwało oprogramowanie — celowe uszkodzenia,
klucze sprzętowe, ukryte sektory — oraz protokoły, które wymagały
znajomości trudnych do skopiowania manuali pełnych potencjalnych haseł.
Metody te zawiodły z dwóch przyczyn. Po pierwsze, były niepopularne w
świecie komercyjnym, ponieważ ograniczały użyteczność oprogramowania
dla posiadaczy oprogramowania, którzy nabyli je zgodnie z prawem.
Uczciwi nabywcy narzekali na utrudnione robienie kopii zapasowych,
nienawidzili marnowania portów w celu wykorzystania kluczy sprzętowych,
irytowali się koniecznością taszczenia ze sobą wielkich manuali tam,
gdzie chcieli uruchomić swoje programy. Po drugie, nie powstrzymały one
piratów, którzy odkryli banalne metody modyfikowania programów i
omijania weryfikacji oryginalności. Ludzie, którzy korzystali z
oprogramowania bez płacenia za nie, nie zauważyli specjalnej różnicy.
Zazwyczaj wyglądało to tak, że programista będący w posiadaniu
technologii i wiedzy porównywalnej z tą, którą posiadał twórca
oprogramowania, korzystał z reverse engineering, inżynierii odwrotnej, która pozwalała mu zmodyfikować program i rozpowszechnić scrackowaną
wersję. Brzmi to bardzo specjalistycznie, ale w rzeczywistości takie
nie było. Odkrywanie, jak funkcjonują oporne programy, obchodzenie
błędów i uszkodzeń — to podstawowe umiejętności dla programistów czasów
ułomnych dyskietek i początków ery programowania. Strategie przeciwników
kopiowania musiały stać się bardziej skuteczne dopiero wtedy, gdy
rozpowszechniło się wykorzystanie sieci. Kiedy mieliśmy fora, serwisy
internetowe, grupy dyskusyjne i mailingowe, wiedza ludzi, którzy odkryli,
jak obchodzić systemy zabezpieczeń, mogła zostać zapakowana i
rozpowszechniona pod postacią niewielkich plików — cracków. Kiedy
wzrosła przepustowość internetu, mogły być rozpowszechniane całe
scrackowane programy.
Tak narodził się DRM 1.0. W okolicach 1996 roku stało się jasne dla
wszystkich ośrodków władzy, że nadchodzi coś ważnego. Staliśmy u progu
gospodarki informacyjnej, cokolwiek u diabła miałoby to znaczyć.
Założono więc, że oznacza to gospodarkę, w której handluje się
informacjami. Technologie informacyjne zwiększały wydajność, więc
wyobraźcie sobie, jak mogłyby wyglądać rynki gospodarki informacyjnej!
Mógłbyś kupić książkę na jeden dzień, sprzedać prawo do obejrzenia filmu
za jedno euro, a następnie wypożyczać przycisk pauzy za centa na
sekundę. Mógłbyś sprzedawać filmy w jednej cenie w jednym kraju, a w
innej w drugim, i tak dalej. Fantazje tamtych czasów wyglądały jak
nudna, utrzymana w konwencji science fiction adaptacja
starotestamentowej Księgi Liczb, stanowiły nieciekawą listę wszystkich
permutacji rzeczy, które można zrobić z informacjami — i jaką cenę można nałożyć na każdą z nich.
Niestety dla nich, nic z tego nie było możliwe, dopóki nie udałoby
się przejąć kontroli nad tym, w jaki sposób ludzie korzystają ze swoich
komputerów i plików, które na nie wgrywają. Wszak łatwo było mówić o
sprzedawaniu komuś piosenki do ściągnięcia na odtwarzacz MP3, jednak
trudniej o prawach do przekopiowania tej piosenki z urządzenia na
urządzenie. Jak u licha można byłoby powstrzymać kopiowanie, skoro już
raz przesłało się dany plik? Aby to zrobić, trzeba wymyślić, jak
powstrzymać komputery przed uruchamianiem pewnych programów i
analizowaniem pewnych plików i procesów. Możesz na przykład zaszyfrować
niektóre pliki, a następnie wymagać, aby użytkownik korzystał z
programu, który je odszyfruje tylko w określonych okolicznościach.
Ale, jak mawiają w Internecie, teraz masz dwa problemy. Musisz bowiem
powstrzymać użytkownika przed zapisaniem pliku po odszyfrowaniu — co
przecież w końcu się wydarzy — i musisz powstrzymać go od odkrycia,
gdzie program trzyma klucze odszyfrowujące, co umożliwiłoby
odszyfrowanie plików na zawsze i całkowite porzucenie durnego programu
do ich odtwarzania.
Teraz masz trzy problemy: musisz powstrzymać użytkowników, którzy
odszyfrowali pliki, przed dzieleniem się nimi z innymi użytkownikami.
Teraz masz cztery problemy, bo musisz powstrzymać użytkowników, którzy
odkryli metodę odszyfrowania pliki, przed dzieleniem się tą wiedzą z
innymi użytkownikami. Teraz masz 5 problemów, bo musisz powstrzymać
użytkowników, którzy odkryli, jak odkryć metodę odszyfrowania plików,
przed dzieleniem się sposobem ich odkrywania z innymi użytkownikami!
To całkiem sporo problemów. Jednak w 1996 roku wymyślono rozwiązanie.
Organizacja Narodów Zjednoczonych stworzyła Traktat Światowej
Organizacji Własności Intelektualnej o Prawie Autorskim.
Na podstawie traktatu stworzono prawa, które delegalizowały odkrywanie
tajemnic programów deszyfrujących i delegalizowały pozyskiwanie utworów
(takich jak piosenki czy filmy) z programów deszyfrujących, kiedy te
były uruchomione w celu odtwarzania utworu. Stworzono prawa, które
delegalizowały dzielenie się wiedzą na temat odkrywania tajemnic
programów deszyfrujących i zamieszczanie tych tajemnic — a także
chronionych prawem plików — na serwerach. Utworzono też procedury, które
umożliwiały łatwe usuwanie treści z Internetu bez zabawy z prawnikami,
sędziami i innymi bzdurami.
I tak nielegalne kopiowanie skończyło się na zawsze, gospodarka
informacyjna rozkwitła pięknymi kwiatami, które przyniosły dobrobyt dla
całego świata; jak piszą na burtach lotniskowców: „Misja wykonana”.
Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło, bo każdy, kto rozumiał
komputery i sieci, wiedział, że prawa te spowodują więcej problemów, niż
mogą rozwiązać. Wszak prawa te zabraniały zaglądać do wnętrza
komputera, kiedy ten uruchamiał pewne programy. Delegalizowały mówienie
ludziom, co widziałeś, kiedy zaglądałeś, oraz czyniły prostym
cenzurowanie treści w Internecie bez konieczności udowodnienia, że stało
się cokolwiek niewłaściwego.
W skrócie, prawa te stawiały rzeczywistości nierzeczywiste wymagania i
liczyły na to, że prawa rzeczywistości nie dotyczą praw własności
intelektualnej. Kopiowanie stało się dużo łatwiejsze po ustanowieniu
tych praw — kopiowanie już zawsze będzie stawało się łatwiejsze.
Dzisiejsze kopiowanie to najtrudniejsze kopiowanie, jakie poznamy. Wasze
wnuki będą się do was zwracać, mówiąc: „Powiedz mi jeszcze raz, Dziadku,
o tym, jak trudno było kopiować w 2012, kiedy nie mogłeś kupić dysku
wielkości paznokcia, który mógłby pomieścić wszystkie nagrane piosenki,
wszystkie nakręcone filmy, wszystkie wypowiedziane słowa, wszystkie
wykonane zdjęcia, wszystko, i przekopiować to w tak krótkiej chwili, że
nie zauważa się kiedy”.
Rzeczywistość jest nieubłagana. Niczym kobieta z dziecięcej rymowanki,
która połknęła pająka, by złapał muchę, i musi teraz połknąć ptaka, by
złapać pająka, i kota, by złapał ptaka, tak samo muszą postępować
regulacje, które choć przemawiają do pewnych sentymentów, są
katastrofalne w implementacji. Każda kolejna regulacja rodzi kolejną,
która będzie miała naprawiać niedoskonałości tej pierwszej.
Kusi mnie, by zakończyć tę historię w tym miejscu wnioskiem, że
problemem są twórcy prawa, którzy są głupi lub źli. Nie jest to zbyt
satysfakcjonująca pointa, bo prowadzi nas jedynie do konkluzji, że
problem ten jest nie do rozwiązania dopóty, dopóki głupota i zło będą
obecne na salonach władzy — czyli że nigdy nie będzie możliwy do
rozwiązania. Mam jednak alternatywną hipotezę tłumaczącą, co się
wydarzyło.
Nie powinno być konkluzją, że regulatorzy nie rozumieją technologii
informacyjnych, bo powinno być możliwe nie być ekspertem i tworzyć dobre
prawo. Parlamentarzyści i kongresmeni są wybierani, by reprezentować
regiony i ludzi, nie dyscypliny wiedzy i konkretne problemy. Nie mamy
parlamentarzysty wybranego przez biochemię ani senatora ze wspaniałego
stanu planowania przestrzennego. Jednak ludziom tym, którzy specjalizują
się w politykach i polityce, nie poszczególnych dyscyplinach
technicznych, udaje się czasem tworzyć dobre prawo, które zdaje egzamin.
Dzieje się tak dlatego, że rządzenie opiera się na heurystyce:
przybliżeniach, pozwalających bilansować wiedzę ekspercką wielu stron.
Niestety technologie informacje mylą te przybliżenia — dają im wręcz solidny wycisk — w jeden, istotny sposób.
Głównymi testami na to, czy regulacja jest słuszna, jest po pierwsze
to, czy zadziała, i po drugie to, czy w efekcie swojego działania nie
wpłynie na wszystko pozostałe. Jeżeli chciałbym, aby kongres, parlament
czy Unia Europejska regulowała koło, trudno byłoby oczekiwać, żeby mi to
się udało. Jeśli wskazałbym na fakt, że rabusie uciekają z miejsca
napadu na bank w pojazdach korzystających z kół, i zapytałbym „Nie
możemy czegoś z tym zrobić?”, odpowiedź brzmiałaby „Nie”. Wynika to z
tego, że nie potrafimy wykonać koła zdatnego do swoich ogólnych
zastosowań, ale bezużytecznego dla rabusiów. Widzimy, że korzyści
korzystania z koła są tak istotne, że byłoby głupotą ryzykować ich
utratę w szalonej próbie powstrzymania napadów na banki. Nawet gdyby
wystąpiła epidemia napadów, nawet gdyby całe społeczeństwo stało na
krawędzi przepaści, nikt nie pomyślałby, że należy zacząć rozwiązywać
ten problem poprzez regulowanie koła.
Jednak jeżeli przedstawiłbym w tych samych okolicznościach
bezsprzeczne dowody, że telefony z zestawem słuchawkowym sprawiają, że
samochody stają się niebezpieczne, i zaproponowałbym prawo zabraniające
korzystania z takich telefonów w samochodach, regulator mógłby
powiedzieć: „Tak, widzimy twoje argumenty, to możemy zrobić”.
Możemy nie zgadzać się, czy to dobry pomysł albo czy moje dowody były
wiarygodne, ale bardzo niewielu skłaniałoby się ku tezie, że bez
telefonów samochody przestają być samochodami.
Rozumiemy bowiem, że samochody nadal są samochodami, jeśli usunie się
z nich pewne dodatki. Samochody mają dość specyficzne przeznaczenie,
przynajmniej jeśli porównać je do kół, i dodanie do nich telefonu
oznacza tylko pewien niewielki dodatek do pewnej technologii
specyficznego przeznaczenia. Prosty test działa tak: technologie
specyficznego przeznaczenia są złożone, ale można z nich usunąć pewne
dodatki bez fundamentalnego obniżenia ich podstawowej użyteczności.
Test ten służy dobrze regulatorom, ale nie jest bardzo użyteczny w
przypadku komputerów ogólnego przeznaczenia i sieci ogólnego
przeznaczenia — czyli w przypadku komputerów PC i Internetu. Jeśli
pomyślisz o oprogramowaniu jako o dodatku, komputer pozwalający pracować
na arkuszach kalkulacyjnych ma dodatek arkuszowy, a komputer
pozwalający grać w World of Warcraft ma dodatek MMORPG.
Test powiedziałby ci, że komputer, który nie uruchamia arkuszy
kalkulacyjnych albo gier, to nie większy atak na istotę komputera, niż
zakaz korzystania z telefonów na istotę samochodu.
A jeśli myślisz o protokołach i stronach internetowych jako o
dodatkach do sieci, to powiedzenie „naprawmy Internet tak, by nie dało
się korzystać z BitTorrenta” albo „naprawmy Internet tak, by nie dało się wejść na thepiratebay.org”
brzmi trochę jak „zmieńmy dźwięk sygnału zajętej linii telefonicznej”
albo „odłączmy tę pizzerię od sieci telefonicznej”, a nie jak atak na
elementarne zasady funkcjonowania sieci.
Nasz test działa dla samochodów, domów i większości znaczących
obszarów regulacji technologicznych. Brak zrozumienia, że nie działa dla
Internetu nie sprawia, że jest zły albo głupi. Oznacza tylko, że
należysz do olbrzymiej większości świata, dla której pojęcia takie jak „Kompletność Turinga” czy „sieć typu end-to-end” nic nie znaczą.
Więc nasi regulatorzy beztrosko przegłosowują te prawa, a one stają
się częścią naszego technologicznego świata. Nagle pojawiają się liczby,
których nie wolno nam podać w Internecie, programy, których nie wolno
nam zamieszczać. Aby z Internetu zniknęły jakieś treści, wystarczy samo
oskarżenie naruszenia praw autorskich. Regulatorom nie udaje się
osiągnąć swoich celów, bo nie powstrzymują oni ludzi od łamania praw
autorskich, ale ich działania przynajmniej powierzchownie przypominają
ich egzekwowanie. Spełniony zostaje sylogizm bezpieczeństwa: „coś musi
być zrobione, ja robię coś, coś zostało zrobione”. Jako rezultat,
wszelkie zawodności, które się pojawią, mogą być wyjaśnione przez
pomysł, że regulacja nie poszła dostatecznie daleko, zamiast
zasugerować, że pomysł był wadliwy od początku.
Tego typu powierzchowne skojarzenie z rozwiązaniem problemu i
następujący w jego wyniku rozdźwięk między intencjami a
rzeczywistością pojawia się często w innych okolicznościach
technicznych. Mam znajomego, który był wyższego szczebla menadżerem w
dużej firmie produkującej dobra szybko zbywalne,
który opowiedział mi taką historię. Dział marketingu przekazał
inżynierom świetny pomysł na proszek do prania: od teraz będą produkować
proszki, które po każdym praniu sprawiają, że ubrania stają się nowsze!
Inżynierowie próbowali wytłumaczyć marketingowi ideę entropii,
jednak ponieważ nie odnieśli skutku, wymyślili inne rozwiązanie:
stworzyli proszek, który zawierał enzymy atakujące luźne końcówki
włókien w ubraniach, te, które sprawiają, że ubrania wygląda na stare.
Po każdym wypraniu ubrania wyglądały na nowsze. Niestety powodował też
niszczenie materiału. Korzystanie z proszku powodowało rozpuszczanie się
ubrania w pralce.
Jak widać, jest to przeciwieństwo sprawiania, by ubrania stawały się
nowsze. Zamiast tego sztucznie je postarzamy z każdym praniem, a im
częściej użytkownik próbuje wykorzystać zaproponowane przez inżynierów
rozwiązanie, tym drastyczniejsze kroki musi podejmować, by ubrania
wyglądały przyzwoicie. „Odmładzanie” ubrań kończy się, gdy rozpadną się
całkowicie i trzeba będzie kupić nowe.
Dziś działy marketingu mówią „nie potrzebujemy komputerów,
potrzebujemy sprzętów. Stwórz mi komputer, który nie uruchamia
wszystkich programów, tylko program, który wykonuje konkretne zadanie,
jak przesyłanie dźwięku, trasowanie pakietów,
uruchamianie gier na Xboxa i upewnij się, że nie będzie uruchamiał
programów, których nie autoryzowałem, bo mogą obniżyć nasze zyski”.
Z początku wydaje się to dosyć rozsądne: program, który spełnia
jedną, wyspecjalizowaną funkcję. Możemy w końcu wsadzić silnik
elektryczny do robota kuchennego, a możemy go wsadzić do zmywarki do
naczyń, nie martwiąc się, czy da się uruchomić funkcje zmywarki w robocie
kuchennym. Ale to nie to samo, co zamiana komputera w konkretny sprzęt.
Nie budujemy komputera, który potrafi uruchomić tylko jedną aplikację.
Budujemy komputer, który może uruchomić każdy program i ograniczamy go
przy użyciu rootkitów,
programów szpiegujących, i zabezpieczamy go przed modyfikacją tak, aby
użytkownik nie wiedział, jakie procesy są uruchomione, aby nie mógł nic
zainstalować ani zdezaktywować procesów, których nie chce. Innymi
słowy, nasz sprzęt nie zawiera uproszczonego komputera — on zawiera w
pełni funkcjonalny komputer, który zawiera złośliwe oprogramowanie w momencie otrzymania go od producenta.
Nie potrafimy stworzyć komputera ogólnego przeznaczenia, który będzie umiał uruchomić każdy program poza tymi,
których nie lubimy, które są zakazane przez prawo albo które
zmniejszają nasze zyski. Najbliższym przybliżeniem, jakie jesteśmy w
stanie osiągnąć, to komputer ze złośliwym oprogramowaniem: komputer,
którego zasady funkcjonowania ustalone zostają przez nieobecną przy
użytkowaniu stronę trzecią bez wiedzy użytkownika lub pomimo sprzeciwu
tegoż. DRM zawsze ewoluuje w stronę złośliwego oprogramowania.
W jednym głośnym przypadku — który stanowi prezent dla wszystkich, którzy skłaniają się ku tej hipotezie — Sony wgrało pliki instalacyjne rootkitów na 6 milionów płyt CD
z muzyką, które po kryjomu uruchamiały programy monitorujące próby
bezpośredniego odczytu plików z płyt i przerywały je. Utrzymywały
obecność rootkita w sekrecie poprzez spowodowanie, że jądro systemu operacyjnego
kłamało na temat listy uruchomionych procesów i listy obecnych na dysku
plików. Ale to nie jedyny przykład. Konsole Nintendo 3DS robią
„aktualizacje” oprogramowania, których celem jest przeprowadzenie testu
na modyfikację oprogramowania. W razie wykrycia prób modyfikacji
konsola dezaktywuje się i zamienia w bezwartościową cegłę.
Aktywiści praw człowieka wznosili alarm w kwestii U-EFI, nowego programu rozruchowego,
który ograniczał możliwość uruchomienia systemu operacyjnego tylko do
systemów „certyfikowanych”, zwracając uwagę na fakt, że rządy
opresyjnych reżimów będą prawdopodobnie przyznawały certyfikaty tylko
tym systemom, które będą pozwalały na ukrywanie inwigilacji. Z
perspektywy sieciowej, próby stworzenia sieci, która nie może być użyta
do naruszenia praw autorskich, zawsze będą zmierzać ku tym samym
rozwiązaniom, które są stosowane przez opresyjny reżimy do inwigilacji
swoich obywateli. Spójrzcie na projekt ustawy SOPA.
To amerykańska ustawa przeciwko sieciowemu piractwu (ang. Stop Online
Piracy Act), która delegalizuje niewinne narzędzia w rodzaju DNSSec
— rozszerzenie systemu DNS weryfikujące informacje o nazwach domen — bo
mogą być one wykorzystane w celu obchodzenia blokad nakładanych na
poszczególne domeny. Ustawa blokuje też Tora
— narzędzie pozwalające zachować anonimowość w sieci, sponsorowane przez
laboratoria amerykańskiej Marynarki Wojennej, które wykorzystywane jest
przez dysydentów opresyjnych reżimów. Tor pada ofiarą ustawy, bo może
być wykorzystywany do obchodzenia blokad IP.
W rzeczy samej, Motion Picture Association of America,
zwolennik rozwiązań zaprojektowanych w ramach SOPA, rozpowszechniał
memorandum, w którym przytaczał analizy stwierdzające, że SOPA może
działać właśnie dlatego, że korzysta z tych samych
metod, co Syria, Chiny czy Uzbekistan. Argumentują w nim, że skoro
rozwiązania działają w tych krajach, to zadziałają też w USA!
Wygląda na to, że SOPA to ostatni etap w długiej wojnie o prawa
autorskie i Internet. Może się też wydawać, że jeśli zwyciężymy,
będziemy mieć prostą drogę ku zabezpieczeniu wolności komputerów PC i
sieci. Ale jak wspomniałem na początku, sednem nie są tu prawa
autorskie.
Wojna o prawa autorskie to tylko wprawka przed nadchodzącą wojną z
możliwościami komputerów. Branża rozrywkowa to tylko pierwsza, która
chwyciła za broń, i przywykliśmy do myślenia o ich relatywnym sukcesie
na tym polu. W końcu przed nami stoi SOPA, na skraju przegłosowania,
grożąc zniszczeniem Internetu na elementarnym poziomie — wszystko w imię
zachowania list przebojów, reality shows i filmów z Ashtonem Kutcherem.
Rzeczywistość jest niestety taka, że ustawy o prawach autorskich
osiągają tak wiele właśnie dlatego, że politycy nie traktują ich
poważnie. Dlatego z jednej strona kanadyjski parlament proponował jedną
fatalną ustawę o prawach autorskich za drugą tylko po to, by żadnej
ostatecznie nie przegłosować. To właśnie dlatego czytanie SOPA, ustawy
stworzonej z czystej głupoty o stężeniu wysokooktanowego
idiotyzmu porównywalnym jedynie do wnętrza nowo narodzonej gwiazdy,
zostało odroczone w trakcie przerwy świątecznej — żeby legislatorzy
mogli wdać się w zaciekłą debatę nad jakimś ważnym problemem, jak ubezpieczenie dla bezrobotnych.
To dlatego Światowa Organizacja Własności Intelektualnej jest co i
rusz wrabiana we wprowadzanie szalonych, do bólu ignoranckich propozycji
reformy praw autorskich: bo kiedy kraje świata wysyłają swoich
ekspertów do Genewy, są to eksperci od dostępu do wody, nie od praw
autorskich. Wysyłają ekspertów od zdrowia, nie od praw autorskich.
Wysyłają ludzi specjalizujących się w rolnictwie, nie w prawach
autorskich, bo prawa autorskie nie są takie istotne.
Kanadyjski Parlament nie przegłosował swoich propozycji reform praw
autorskich, bo z wszystkich rzeczy, które trzeba zrobić w Kanadzie,
prawa autorskie znajdują się na liście pilnych spraw poniżej zdrowotnych
rezerwatów Indian, wykorzystywania złóż naftowych w Albercie,
interwencji pomiędzy spierającymi się francuskojęzycznymi i
anglojęzycznymi Kanadyjczykami, rozwiązania problemów z zasobami ryb i
tysiącem innych spraw. Trywialność praw autorskich oznacza, że kiedy
nadejdzie czas, gdy inne sektory gospodarki zajmą się swoimi problemami z
Internetem i komputerami PC, spory o prawa autorskie okażą się ledwie
potyczkami w świetle nadchodzącej wojny.
Dlaczego inne branże miałyby mieć podobne problemy z komputerami, jakie ma branża rozrywkowa? Świat, w którym żyjemy, jest zrobiony
z komputerów. Nie mamy już samochodów — mamy komputery, w których
jeździmy. Nie mamy już samolotów — mamy latające komputery chodzące pod Solarisem, podpięte do wielkiego, zautomatyzowanego układu nośnego. Drukarki przestrzenne
to tylko peryferia, które nie działają odłączone od komputera. Radio to
już nie kryształ: to komputer ogólnego zastosowania uruchamiający
specyficzne programy. Żale, które budzą nieautoryzowane kopie Snooki’s Confessions of a Guidette są niczym, jeśli porównać je do wezwań do działania, które pobudzi nasza przesycona Internetem rzeczywistość.
Pomyślmy o radiu. Regulacje radiowe oparte są na przesłance, że
właściwości radia są ustalone w momencie jego produkcji. Nie możesz po
prostu nacisnąć przycisku, który zamieni nadajnik używany do pilnowania
dziecka w drugim pokoju, w nadajnik zakłócający inne sygnały. Ale
wszechstronne radia programowalne (software-defined radios — SDR),
mogą zmienić się ze sprzętu do nadzoru dzieci w sprzęt do nadawania
sygnałów ratunkowych albo używany do kontroli lotów, tylko poprzez
załadowanie i uruchomienie innego programu. To dlatego Federalna Komisja
ds. Komunikacji (Federal Communications Commision — FCC)
rozważała, co stanie się, gdy SDR-y staną się powszechne i prosiła o
opinie na temat tego, czy powinna zadekretować, że wszystkie SDR-y będą
umieszczone w „zaufanym sprzęcie komputerowym”. Ostatecznie pytanie
sprowadza się do tego, czy wszystkie komputery powinny być zablokowane
tak, by programy możliwe do uruchomienia były ściśle regulowane przez
organy centralne.
Nawet to stanowi jedynie zapowiedź tego, co może nadejść. Żyjemy w
końcu w czasach, w których ukazały się pliki open-source opisujące
sposób zamiany karabinka półautomatycznego AR-15 w karabin w pełni
automatyczny. W czasach, w których zbudowano pierwszy sprzęt do sekwencjonowania genetycznego typu open-source, sfinansowany poprzez finansowanie społecznościowe
. I podczas gdy drukarki przestrzenne będą źródłem mnóstwa trywialnych
zarzutów, znajdą się sędziowie na południu Ameryki i mułłowie w Iranie,
którzy będą wychodzić z siebie na myśl o ludziach pod ich jurysdykcją
drukujących zabawki erotyczne. Rozwój druku przestrzennego stanie się
źródłem wielu żali, których powodem będzie produkcja laboratoriów
metamfetaminy i ceramicznych noży.
Nie trzeba być pisarzem science fiction, żeby zrozumieć,
dlaczego regulatorzy mogą okazywać nerwowość w kwestii modyfikowalnego
przez użytkownika oprogramowania samochodów, które będą prowadzić się
same, albo w kwestii ograniczenia zdolności do współpracy pomiędzy
systemami kontroli lotów, albo w kwestii rzeczy, które można będzie
wykonywać w ramach prostej inżynierii genetycznej. Wyobraźcie sobie
dzień, kiedy Monsanto
uzna, że sprawą wysokiej wagi jest zapewnienie, by komputery nie były w
stanie uruchamiać pewnych funkcji programów kierujących sprzętem
produkującym organizmy, które dosłownie zjadają ich lunch.
Nie jest w tej chwili ważne, czy uważacie, że to realne problemy czy
histeryczne obawy — tak czy inaczej kwestie te stanowić będą o kierunku
działań lobbystów i grup interesu dużo potężniejszych niż Hollywood czy
wielkie wytwórnie muzyczne i wydawcy. Wszyscy dojdą do tego samego
żądania: „Czy nie możecie dać nam po prostu komputera ogólnego
przeznaczenia, który będzie uruchamiał wszystkie programy, poza tymi,
których się boimy, albo które nas denerwują? Nie możecie stworzyć
Internetu, który przekazuje każdą treść dowolnym protokołem, poza tymi
sytuacjami, które nam przeszkadzają?”.
Pojawią się programy uruchamiane na komputerach ogólnego
przeznaczenia i sprzęt peryferyjny do nich, którego istnienie będzie
niekomfortowe nawet dla mnie. Dlatego domyślam się, że ludzie promujący
ograniczenie komputerów ogólnego przeznaczenia trafią ze swoimi
argumentami na podatny grunt. Ale jak widzieliśmy w czasie wojen o prawa
autorskie, zakazywanie poszczególnych instrukcji, protokołów czy
wiadomości będzie dramatycznie nieskuteczne jako narzędzie zapobiegania i
lek na potencjalne bolączki. Wojna o prawa autorskie pokazała nam, że
wszystkie próby kontrolowania komputera PC sprowadzą się do instalowania
rootkitów, a próby kontrolowania Internetu doprowadzą do inwigilacji i
cenzury. Te rzeczy mają znaczenie, bo przez ostatnią dekadę wydawało nam
się, że wysyłamy naszych najlepszych graczy przeciwko ostatecznemu
bossowi, podczas gdy prawda jest taka, że jesteśmy dopiero na końcu
jednego poziomu, a przeciwników będzie jeszcze wielu. Znacznie urosną
też stawki.
Jako członek pokolenie walkmena, pogodziłem się z myślą, że będę
potrzebował aparatu słuchowego na długo przed śmiercią. Jednak tak
naprawdę to nie będzie aparat słuchowy; to będzie komputer. Więc kiedy
wsiądę do samochodu — komputera otaczającego moje ciało — a w uchu będę
miał aparat słuchowy — komputer wewnątrz mojego ciała — chcę mieć
pewność, że te technologie nie są projektowane z myślą o ukrywaniu
przede mną niektórych rzeczy albo w celu ograniczenia mojej władzy nad
wyłączeniem procesów, które uważam za niezgodne z moimi interesami. W
zeszłym roku w Lower Merion, na zamożnych przedmieściach Filadelfii,
pewna szkoła dla dzieciaków z klasy średniej wpadła w nie lada tarapaty.
Została przyłapana na rozdawaniu uczniom laptopów z oprogramowaniem,
które pozwalało na zdalną inwigilację poprzez kamerę i połączenie
internetowe. Uczniów fotografowano tysiące razy, w domu i szkole, we
śnie i na jawie, ubranych i nagich. W tym samym czasie powstała
technologia legalnej inwigilacji, która pozwala potajemnie korzystać z
twojej kamery, mikrofonu, nadajnika GPS, tabletu czy sprzętu mobilnego.
Jeszcze nie przegraliśmy, ale musimy wygrać wojnę o prawa autorskie,
jeśli chcemy, aby Internet i komputer PC pozostał wolny i otwarty. Dla
zachowania wolności w przyszłości konieczna będzie możliwość
monitorowania naszych urządzeń i zlecania im tego, czego od nich
oczekujemy; zdolności przeanalizowania i zakończenia procesów na nich
uruchomionych; zdolności korzystania z nich jako z uczciwych sług naszej
woli, nie jako zdrajców i szpiegów pracujących dla przestępców,
bandytów i obsesjonatów kontrolowania wszystkiego.
Cory Doctorow, tłum. Stanisław Kwiatkowski
Artykuł oparty jest na przemowie w czasie Chaos Computer Congress w Berlinie, w grudniu 2011. Pierwotnie został opublikowany w serwisie BoingBoing.net, a jego przetłumaczona wersja ukazała się na stronie mises.pl. Tekst jest rozprowadzany na licencji CC BY-NC 2.5.





