Amerykanom z przyczyn oczywistych bardzo zależy na wejściu w życie porozumienia ACTA. Przypomnijmy, że Polska podpisała w czwartek w Tokio ten traktat. By jednak wszedł on w życie konieczne jest dokonanie ratyfikacji przez polski parlament. A ta stanęła pod znakiem zapytania z powodu zmiany stanowiska samego Donalda Tuska, który do nie dawna jakiekolwiek zagrożenia związane z ACTA bagatelizował.
Czytaj także: Odejdzie Zdrojewski czy Boni? Czyja głowa za ACTA?
Do zamieszania wokół ACTA dołączyła teraz także ambasada Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Wszystko za sprawą telefonu, jaki jedna z pracownic placówki dyplomatycznej wykonała do polskiego Sejmu. W środę komisja innowacyjności i nowych technologii przyjęła dezyderat, w którym wezwała premiera Tuska do wstrzymania się z podpisaniem przez nasz kraj porozumienia. Było to możliwe, gdyż podczas głosowania zabrakło trzech posłów – po jednym z PO, PSL i SLD.
Telefon miał miejsce w czwartek. Kobieta miała pytać, o to, dlaczego suma osób, które głosowały nie zgadza się z liczbą członków, którzy zarejestrowani są w komisji. Chciała także wiedzieć, czy podczas głosowania była dyscyplina partyjna i czy z powodu nieobecności kilku posłów nadal było kworum.
Pytani przez telewizję TVN politycy nie mają wątpliwości, że zachowanie to było nie na miejscu. Samo zainteresowanie procesem legislacyjnym w tej sprawie nie jest czymś nagannym, w końcu wejście w życie ACTA leży w interesie amerykańskiej administracji. Jednak pytania o dyscyplinę partyjną i kworum zdaje się zahaczać o wtrącanie się w sprawy polskiego parlamentu.





