Historia mojego pobierania, czyli dlaczego nie pobieram - felieton

25-07-2015, 15:25

Każdy z nas ma swoje podejście do torrentów i ochrony praw autorskich. Robię przed Wami coming out, przyznaję się do grzechów i przedstawiam subiektywną analizę przyczyn. Zapraszam do lektury.

Uwaga! To jest felieton! Poglądy w nim wyrażone są poglądami autora i tylko jego.

********************

Jak to drzewiej było...

Gdy byłem nastolatkiem, czyli na przełomie stuleci, korzystałem często z Napstera. Szukałem głównie muzyki, czasem jakichś filmów. Wtedy nikt nie mówił głośno o prawach autorskich, nie oskarżał internautów o kradzież. Wydaje się, że były to zupełnie inne czasy. Sądzę, że wynikało to z tego, że sprzedaż tradycyjnych nośników rosła i nikt za bardzo nie widział zagrożenia w rodzącym się trendzie.

Kilkanaście lat temu płyty z muzyką były nominalnie droższe, niż są teraz, czyli realnie o wiele droższe. Nastolatka takiego jak ja nie było stać na kupno w sklepie płyty ulubionego wokalisty czy zespołu. Robiłem więc to, o czym słyszałem od znajomych ze szkoły. Nie widziałem wtedy w tym nic złego. Wszystko zmieniło się później. Co ciekawe, nie nastąpiło w moim życiu nic nadzwyczajnego, co uzasadniałoby kroki, które podjąłem.

Nadeszło olśnienie!

Skasowałem Napstera i wszystkie pobrane z jego pomocą pliki. Dzisiaj można by powiedzieć, że zatarłem ślady przestępstwa. Było to długo przed tym, jak wymyślono blokady serwisów internetowych czy wysyłane przez dostawców internetu upomnienia. Jak mówiłem - inne czasy. Żeby była też jasność - pobranymi plikami dzieliłem się z innymi, także nie widziałem w tym nic zdrożnego.

Przez kilka lat korzystałem tylko z tego, co było legalnie dostępne, czasem coś kupowałem. Gdy zacząłem pracować, zacząłem kupować więcej - dzisiaj mam całkiem pokaźną kolekcję filmów i seriali (kupowane za granicą, bo znacznie tańsze), a także muzyki cyfrowej. Czy odczuwam potrzebę korzystania z serwisów torrentowych? Szczerze mówiąc - nie. Nigdy mnie taka ochota ponownie nie naszła. Kiedyś próbowałem wrócić do starych zwyczajów, ale uznałem to za zbyt skomplikowane i spasowałem.

Dzisiaj mamy dostęp do bardzo wielu różnych serwisów, które oferują płatny (czy to gotówką, czy czasem poświęconym na oglądanie reklam) dostęp do filmów, seriali czy muzyki. Zawsze można załapać się na jakieś promocje, dzięki którym gry można kupić za 5 czy 10 dolarów lub euro. A nierzadko za mniej. Po co mam korzystać z serwisów, których działalność jest co najmniej wątpliwa?

Pobierać czy nie?

Chciałbym, by było jasne, że dla mnie pobieranie filmów czy muzyki za darmo, w sytuacji gdy normalnie są one w sprzedaży, jest niczym innym jak kradzieżą. Widzę to jako osiąganie korzyści materialnej kosztem innych. To główny powód, dla którego nie korzystam z wątpliwych źródeł rozrywki. Wolę kupić i mieć święty spokój, zwłaszcza że koszty naprawdę nie są wysokie. Nie ma nic za darmo. Abyśmy mogli oglądać ulubione seriale czy nowe filmy, inni musieli poświęcić swój czas i niemało pieniędzy. Należy im się więc słuszna zapłata.

Dlatego też uważam, że osoby pobierające treści z internetu, za które normalnie trzeba zapłacić, powinny ponosić za to odpowiedzialność. Ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, bym zgadzał się z działaniami, jakie podejmuje coraz więcej państw w walce o ochronę praw autorskich. Wcale nie dlatego, że jestem przeciwny walce z piractwem jako takim, ale dlatego, że są one całkowicie nieskuteczne.

Co robi państwo?

Blokady serwisów oferujących torrenty? Ich administratorzy jakoś nie mają problemu, by po kilku dniach czy nawet godzinach wrócić do sieci z identyczną ofertą. Rozgłos, jaki powstaje podczas akcji blokowani, służy jedynie reklamie, nie wydaje się, by na kogokolwiek działało to odstraszająco. Badania różnych instytucji naukowych potwierdzają, że nie mają one wpływu na ruch w serwisach legalnie działających czy też na przychody firm z tytułu cyfrowej sprzedaży.

Już większy sens ma dla mnie wysyłanie ostrzeżeń do internautów o tym, że ich działania noszą znamiona naruszeń praw autorskich. Ale tutaj z kolei pojawia się inna wątpliwość - żeby takie ostrzeżenie wysłać, urząd tym się zajmujący musi wiedzieć, że coś z internetu pobieram. Tego dowiaduje się od dostawców internetu. A ci z programów monitorujących ruch w sieci na poziomie poszczególnych klientów. I tutaj pojawia się problem potencjalnego naruszenia prywatności.

Telekomy zyskują bowiem bardzo cenne informacje na temat tego, kto, co i kiedy ogląda w sieci. Nikt z was zapewne nie chce, by władze miały dostęp do takich informacji. I to niekoniecznie dlatego, że chcecie jakąś część swojej aktywności online ukryć. Ale dla zasady. Chodzi w końcu o naszą prywatność. O to, co każdy z nas robi dla przyjemności. Mamy prawo do tego, by chronić tę sferę.

Pozwalając telekomom na monitorowanie poszczególnych klientów, dajemy im do zrozumienia, że państwo każdego z nich traktuje jako potencjalnego przestępcę. A każdy z nas jest niewinny, dopóki prawomocnym wyrokiem sądu nie zostanie uznana nasza wina. Wydaje się, że w internecie każdy jest podejrzany. Idąc tym tokiem rozumowania, należałoby każdego, kto kupuje noże czy zapałki, wpisać na listę potencjalnych nożowników lub podpalaczy. Nie ma mojej zgody na takie działania.

Co robi przemysł rozrywkowy?

Ale bez winy nie są także wytwórnie filmowe, muzyczne czy producenci gier. Mam wrażenie, że swoimi metodami działania tkwią silnie jeszcze w dwudziestym wieku. Dzisiaj przesyłanie informacji na drugi koniec świata nie stanowi najmniejszego problemu. Dodatkowo zostaliśmy przyzwyczajeni do tego, że w internecie wszystko jest dostępne szybko. Nie dziwi więc opór internautów wobec działań ww. podmiotów w zakresie premier ich produkcji.

Wielu z nas zastanawia się, dlaczego premiera w Polsce ma miejsce miesiąc czy pół roku po premierze w Stanach Zjednoczonych. Wymogi licencyjne, negocjacje z lokalnymi dystrybutorami - takie słyszymy wyjaśnienia. Jako konsument powiem: a co mnie to obchodzi? Rozumiem, że filmy na płytach DVD czy Blu-ray pojawiają się po kinowej premierze, by jednak nie doszło do kanibalizmu. Chodzi w końcu o sporą kasę. Ale odwlekanie premier w innych krajach nierzadko prowadzi do tego, że już po kilku godzinach od pierwszych seansów w internecie znaleźć można kopie filmów do pobrania.

Skoro jest popyt na filmy, to pojawia się podaż. Nie zawsze legalna, jak ma to miejsce także na kilku innych rynkach. Czy dziwi mnie, że ludzie chcą zarobić nielegalnie, sprzedając kopie filmów? Absolutnie nie (ale oczywiście takiego działania nie pochwalam). Ale dziwi mnie, że osobom odpowiedzialnym za globalną dystrybucję filmów (bo to o nie najczęściej chodzi) nie dało to jeszcze do myślenia.

A co robimy my?

No i jest trzecia część tego równania, czyli my - konsumenci. To my kreujemy popyt. Co do zasady nie ma w tym nic złego, bo na tym opiera się dzisiejsza gospodarka. Pojawia się jednak problem, gdy nie patrząc na żadne okoliczności, chcemy dostępu tu i teraz, a najlepiej za darmo i bez wysiłku. Oczywiście nie jest tak, że wszyscy tak postępują. Patrząc jednak na statystyki dotyczące serwisów p2p, dzięki którym pobrać można filmy czy muzykę, mówimy zapewne o dziesiątkach, jeśli nie o setkach milionów osób na całym świecie.

Brak nam cierpliwości. Nie chcemy czekać. Zostaliśmy tak ukształtowani przez otaczający nas świat. Nierzadko też brakuje jakiejś autorefleksji i zastanowienia się nad własnymi działaniami. Ja też nie lubię czekać na kolejne odcinki ulubionego serialu. Też frustruje mnie, że nie mogę kupić dostępu do Netfliksa. Ale szukam innych alternatyw. Nie zawsze udaje się je znaleźć, wtedy najczęściej rezygnuję z poszukiwań. Dla mnie najważniejszy jest spokój wewnętrzny. A nie natychmiastowe zaspokojenie chęci obejrzenia filmu.

Kto jest więc winny temu, że z piractwem tak trudno wygrać? Moja odpowiedź brzmi - każdy po trochu. Państwo nie jest w stanie zapewnić przestrzegania obowiązującego prawa bez naruszania naszej prywatności. Przemysł rozrywkowy często nie zauważa, że swoimi działaniami nie przystaje do dzisiejszych realiów i oczekiwań. Konsumenci z kolei mają problem, by pohamować swoje żądze.

Jak należy więc rozwiązać ten problem? Gdybym wiedział, byłbym pewnie bogatym człowiekiem :) Postawiłbym przede wszystkim na edukację i reklamę legalnych serwisów. Bo ciężko będzie zmusić przemysł rozrywkowy, by ujednolicił daty premier filmów oraz nie opóźniał premier seriali i filmów w różnych krajach.


Przepisy na coś słodkiego z kremem Nutella
Tematy pokrewne:  

tag prawa autorskietag piractwotag felietony
  
znajdź w serwisie

RSS  
RSS  

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy