Dlaczego piractwo nie szkodzi gospodarce?

24-03-2011, 14:23

Czy jeśli nie wydam 25 zł na bilet do kina, to gospodarka straci moje 25 zł? Przemysł rozrywkowy na całym świecie przekonuje, że tak właśnie jest. Najgorsze jest jednak to, że politycy w to wierzą.

Dziennik Internautów wielokrotnie opisywał antypirackie raporty, które mówią o wielkich stratach przemysłu muzycznego. Metodologia tych "badań" jest czasem niezwykle naiwna, czego przykładem może być słynny raport TERA Consultants przekonujący, że wymiana plików w sieci pozbawi pracy 1,2 mln osób. Warto też zwrócić uwagę na raporty dotyczące sprzedaży muzyki lub biletów kinowych. Wynika z nich, że sprzedaż idzie coraz lepiej, ale w podsumowaniu czytamy, że piraci to całe zło świata.

Można dyskutować z tym, czy wymiana plików ma wpływ na przemysł muzyczny. Ostatnio jednak  w antypirackich raportach modne jest wiązanie problemów przemysłu muzycznego z ogólnym stanem gospodarki. Przemysł przekonuje, że mniej wydanych pieniędzy to mniejsze przychody, mniej miejsc pracy i w efekcie upadająca gospodarka.

Politycy chętnie powołują się na te raporty, bo wydaje im się, że walcząc z piractwem, bronią gospodarki. Czy na pewno?

>>> Czytaj: Kontrola skarbowa bierze się za legalność oprogramowania

Na fali takiej mody powstał ostatni raport firmy Sphere Analysis. Najpierw był on chętnie cytowany w prasie, mimo że nikt go nie widział na oczy. Powołał się na niego także Robert McClelland, australijski prokurator generalny. Gdy wreszcie odnaleziono raport, okazało się, że powstał on w oparciu o dane z Europy, mimo iż opisywał rynek australijski. Co więcej, dane te pochodziły z raportu TERA Consultants, który zakłada, że ten, kto więcej pobiera z sieci, ma więcej pieniędzy (sic!).

O tym, co na temat raportu Sphere Analysis sądzą prawdziwi analitycy, można poczytać w tekście Sydney Morning Herald pt. Piracy: are we being conned?. Autorzy teksty przyjrzeli się także innym antypirackim raportom, równie wiarygodnym, jak te wspomniane wyżej.

Szczególnie ciekawe jest spostrzeżenie cytowanego w tekście przedstawiciela grupy Electronic Frontiers Australia. Zauważa on, że "pieniądze niewydawane przez pobierających na bilety do kina są z pewnością wydawane gdzie indziej, na inne dobra lub usługi, które mogą efektywnie tworzyć miejsca pracy w Australii".

Oczywiście nie dotyczy to tylko Australii. Jeśli nie wydam 25 zł na bilet do kina, to zapewne wydam te 25 zł gdzie indziej. Czy można z tym dyskutować? Raczej nie. To również oznacza, że wiara w związek pomiędzy piractwem a stanem gospodarki jest dość naiwna. Nawet jeśli piractwo szkodzi interesom przemysłu rozrywkowego (co też jest wątpliwe), to nie ma powodów, by szkodziło gospodarce.

Kiedyś w kwestii piractwa jeden ciekawy komentarz widziałem pod tekstem DI. Czytelnik zwrócił uwagę, że nigdy nie zapłaci za nowy film. Stwierdził, że może poczekać kilka lat i zobaczyć w telewizji, ale nawet gdyby filmu nie było w sieci P2P, to on nie zapłaci. Czy można stwierdzić, że taka osoba szkodzi gospodarce?

Inny ciekawy komentarz słyszałem w czasie weekendu w autobusie. "Wiesz, kupiłbym tego Pottera na DVD, ale ciągle nie ma. Chyba pociągnę z sieci". W tym przypadku można już mówić o stracie dla przemysłu rozrywkowego. Mój współpasażer, potencjalny klient, "chyba pociągnie" film, za który gotów jest płacić. Pytanie tylko, czy stracie winne jest P2P czy strategia sprzedaży przyjęta przez przemysł rozrywkowy?

Na koniec można przewrotnie stwierdzić, że piractwo wręcz tworzy miejsca pracy. Ilu ludzi może pracować w RIAA, MPAA, IFPI, AFACT czy BREIN? Ilu pracowników "antypirackich" mają takie organizacje, jak ZAiKS, ZPAV czy FOTA? Zapewne to wszystko kosztuje, ale "przemysł" najwyraźniej na to stać.

>>> Czytaj: NIE dla rejestracji Partii Piratów w Rosji


Źródło: SMH
  
znajdź w serwisie

RSS  

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy