Nieuczciwi sprzedawcy reklamy w sieci nie mają pewnej wygranej w sądzie

10-09-2015, 12:16

Reklama internetowa nie zawsze jest sprzedawana uczciwie. Czasem wystarczy rozmowa telefoniczna, w czasie której przedsiębiorca kupuje reklamę nieświadomie. Przedsiębiorca nie jest chroniony tak jak konsument, ale jednak sąd będzie po jego stronie, jeśli nagranie dowodzi wprowadzenia w błąd. Dowodzi tego pewien wyrok ze Świdnicy.

Dziennik Internautów kilkakrotnie opisywał firmy, które wciskają innym firmom usługi reklamy internetowej w nie bardzo uczciwy sposób. Czasem odbywa się to przez internet, czasem przez telefon. Przedsiębiorcy może się wydawać, że dopisuje swoją firmę do jakiegoś niby darmowego katalogu, ale potem okazuje się, że za wizytówkę w tym katalogu trzeba płacić. Może też być tak, że do firmy dzwoni inna firma oferująca pomoc w pozyskaniu klientów. Chodzi niby o usługę pośrednictwa w pozyskiwaniu klientów, ale tak naprawdę kupuje się reklamę i to nie wiadomo gdzie.

Również podstęp na kuriera może być sposobem na wciśnięcie niechcianej usługi reklamowej. Zdarza się też, że przedsiębiorca nie będzie wiedział kiedy właściwie zawiera umowę na reklamę. 

"Jak działamy... zaraz wytłumaczę..." 

Dziennik Internautów pisząc o takich sprawach często zauważa, że osoby czujące się pokrzywdzonymi mogą po prostu iść do sądu. Tam mogą wyjaśnić jak wyglądała sprawa, a sąd naprawdę może zrozumieć ich sytuację. Dowodem na to jest wyrok Sądu Rejonowego w Świdnicy z dnia 7 sierpnia 2015 r. (sygn. akt I C 2578/14).

O co chodziło? Otóż pewien przedsiębiorca otrzymał nakaz zapłaty z e-sądu. Chodziło o ponad 900 zł za rzekomo wykupioną usługę reklamy. Przedsiębiorca się nie przestraszył, bo nie miał pojęcia o jaką usługę chodzi. Zgłosił sprzeciw do nakazu zapłaty i sprawa trafiła do "zwykłego" sądu, czyli własnie do sądu w Świdnicy.

Okazało się, że powód przedstawił dowody na istnienie długu. Było to nagranie rozmowy telefonicznej, w czasie której rzekomo doszło do zawarcia umowy. Pozwany przedsiębiorca stwierdził, że faktycznie przypomina sobie tę rozmowę, ale nie miał on pojęcia, iż doszło wówczas do zawarcia umowy na publikowanie reklamy jego firmy. Złożył oświadczenie o uchyleniu się od oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu.

Uzasadnienie wyroku przedstawiaja następujący obraz rozmowy telefonicznej. Do pozwanego zatelefonował J.T. -  przedstawiciel firmy oferującej reklamy w sieci. J.T. wypytywał o różne szczegóły techniczne i zakres usług pozwanego (chodziło o roboty budowlane). Pytał o możliwe upusty dla klientów. Potem zasugerował, że ma dostęp do różnych potencjalnych klientów, którym mógłby przedstawić firmę pozwanego. Ta część rozmowy trwała dość długo i można było ją zrozumieć tak, że J.T. oferował po prostu pośrednictwo w pozyskiwaniu klientów.

Następnie J.T. przedstawił "dane do umowy", szybko wymienił wartość umowy i wspomniał o możliwości rezygnacji (pisemnie, do biura klienta). Potem wrócił do rozmowy odnośnie zakresu usług firmy pozwanego. Z dokumentów sądowych wynika, że w całej rozmowie był tylko krótki fragment o faktycznie zawieranej umowie. Pozwany nadal podtrzymywał, że wprowadzono go w błąd. 

Ewidentne wprowadzenie w błąd

Sędzia Halina Grzybowska była podobnego zdania. Uznała, że powództwo nie zasługuje na uwzględnienie, gdyż wprowadzenie w błąd było "ewidentne". 

- J. T przede wszystkim wskazywał na aktywny udział jego firmy w wyszukiwaniu potencjalnych klientów (...) Zapewniał pozwanego dosłownie „ Ja mogę przedstawić również Pana firmę naszym klientom",  Dopytywał o możliwość podjęcia się przez pozwanego prac budowlanych w charakterze podwykonawcy .,a jedynie niewielki fragmenty rozmowy jakby „ wtrącane „ przy okazji wskazywały „ to jest umowa na dwanaście miesięcy , ale bez wskazania od kiedy miałaby obowiązywać - czytamy w uzasadnieniu wyroku.

Sąd zwrócił też uwagę na inny szczegół. J.T. zapytał pozwanego czy chce otrzymać treść umowy na piśmie, czy na adres e-mailowy. Pozwany ewidentnie miał problem z przypomnieniem sobie swojego adresu mailowego, więc poprosił o przesłanie umowy pocztą. Oczekiwał na pisemną treść umowy, ale jej nie otrzymał. Nie skierowano też do niego żadnego klienta, więc uznał rozmowę za niewiążącą.

W samej umowie znalazły się treści rozbieżne z treścią rozmowy telefonicznej. J.T. zapowiedział pozwanemu, że pierwsi klienci mogą się do niego zgłosić już w lipcu i sierpniu 2012. Tymczasem z treści umowy wynika, że data publikacji reklamy to grudzień 2012. 

- Również odmienne i sprzeczne z ustaleniami w trakcie rozmowy telefonicznej były także terminy płatności wynagrodzenia w treści pisemnej umowy , a jeszcze inne w treści faktury ,nie podpisanej przez upoważnioną osobę , nie potwierdzonej , podobnie jak kopia umowy za zgodność z oryginałem, na fakturze był zupełnie inny numer klienta niż na umowie ,(...) . Te wszystkie niejasności wskazują na wiarygodność zeznań pozwanego dotyczących wystąpienia błędu po jego stronie co do rzeczywistej treści umowy, a nadto ,że w błąd został wprowadzony przez przedstawiciela firmy - czytamy w uzasadnieniu.

Naciągacze unikają sądów

Zapoznając się z tą sprawą odniosłem wrażenie, że pewnym atutem po stronie pozwanego było zaskoczenie. Zwykle firmy zawierające umowy w sposób nieuczciwy starają się długo "zmiękczać" rzekomego dłużnika. Przysyłają kolejne wezwania, aby wyrobić w osobie czującej się poszkodowaną silne przeświadczenie, że oto umowa została zawarta, że klamka zapadła, że nic się nie da zrobić, że sąd to tylko pogorszenie sprawy.

Tu akurat mieliśmy człowieka, który dostał nakaz z e-sądu i wystosował sprzeciw w ogóle nie pamiętając rozmowy. Zapis rozmowy dołączony na płycie okazał się dowodem, który pomógł pozwanemu, nie powodowi. Czasem po prostu opłaca się iść do sądu. Dlatego właśnie firmy działające na rynku "pobieraczkowym" mogą latami straszyć sądem, ale nie chcą iść do sądu. 

Problemy tego typu dotyczą nie tylko firm. Niedawno pisałem o szkołach, które również mogą być naciągane na niechciane umowy


  
znajdź w serwisie


RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy