Boni przyzwyczai posiadaczy praw autorskich do dyskusji?

12-04-2012, 13:14

Kongres Wolności w Internecie wywołał wiele komentarzy, ale chyba najciekawszy opublikowały organizacje zbiorowego zarządzania (ZPAV, ZAiKS i in.). Nie kryją one rozgoryczenia faktem, że ktokolwiek śmie dyskutować o granicach prawa autorskiego. Minister Boni w odpowiedzi na ich rozgoryczenie stwierdza, że... to dopiero początek dyskusji.

Kongres Wolności w Internecie był jedną z serii "debat" zorganizowanych przez stronę rządową w reakcji na protestu przeciwko ACTA. Zakończył się on określeniem pewnych postulatów i obszarów prac, czego nie uznaliśmy za istotny przełom. Wydaje się jednak, że Kongres był bardzo przełomowy, a żeby to zrozumieć, trzeba na niego spojrzeć z punktu widzenia organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ), takich jak ZAiKS, ZPAV, SFP itd.

Organizacje te 8 marca wydały swój komentarz dotyczący kongresu. Oto jego ciekawsze fragmenty:

Wyrażamy zawód i rozgoryczenie przebiegiem spotkania pod nazwą Kongres Wolności w Internecie (...) Sądząc z nazwy, spotkanie miało być poświęcone kwestii wolności w internecie. Tematem spotkania było jednak prawo autorskie (...) Na Kongresie przedstawiono prawo autorskie jako szkodliwe dla wolności, co przynosi ujmę kompetencjom organizatorów Kongresu (...) To nie obawa o wolność, ale o konsekwencje realnego stosowania prawa autorskiego okazują się teraz być przedmiotem protestu. (...) Wyrażamy zawód instrumentalizacją i nadużywaniem pojęcia wolności dla korzyści grupowych. Wyrażamy sprzeciw wobec: formuły Kongresu, nieobecności na nim w roli panelistów przedstawicieli twórców, producentów, wydawców, ich prawnych oraz społecznych reprezentantów

Komentarz pokazuje przede wszystkim, że zorganizowanie kongresu i sam fakt dyskutowania o prawie autorskim zszokowały OZZ. Dodajmy, że te organizacje uczestniczyły swojego czasu w rozmowach mniej otwartych niż Kongres (przypomnijmy prace "Grupy Internet" przy MKiDN). Udało im się wówczas osiągnąć znacznie więcej. Skąd więc ten szok?

Czytaj: Po Kongresie Wolności: tematy, debaty, postulaty... jak rząd to ogarnie?

Organizacje zbiorowego zarządzania poczuły, iż straciły bliski kontakt z politykami. Do tej pory raczej mówiły one politykom, co trzeba zrobić. Teraz trzeba będzie nie tylko przekonywać do swoich nowych pomysłów, ale nawet bronić tego, co udało się osiągnąć do tej pory.

To nie koniec. Wczoraj Związek Producentów Audio-Video opublikował na swojej stronie treść odpowiedzi ministra Boniego na cytowany wyżej komentarz. To będzie chyba kolejny powód do zawodu i rozgoryczenia, bo Boni nie dostrzegł w Kongresie nic złego i nie miał zamiaru dyskutować o tym, co dla kogo jest ujmą.

Ciekawsze fragmenty odpowiedzi Boniego:

Rozpoczęty 5 marca Kongres jest częścią debaty publicznej dotyczącej zmian cywilizacyjnych, w tym zmian relacji między twórcami, użytkownikami i pośrednikami. Wolność w internecie nierozerwalnie wiąże się z kwestiami związanymi z prawem autorskim (...) Piszą Państwo o rozczarowaniu pracami Kongresu Wolności w Internecie. Proszę jednak pamiętać, że sesja 5 marca Kongresu nie zamknęła, ale dopiero go otworzyła. Dzięki zgłoszonym uwagom - także Państwa uwagom zgłoszonym w tym liście - możemy usprawniać nasze prace. (...) Naszym zdaniem w debacie tej głos twórców, jak i odbiorców powinien być wyraźnie reprezentowany i z naszej strony dołożymy starań, by tak się stało

Chyba po raz pierwszy jakiś polityk wyraźnie dał do zrozumienia, że głos OZZ nie może być ważniejszy od głosu innych stron. Dla organizacji takich, jak ZAiKS czy ZPAV, to dość nowatorska koncepcja.

OZZ to nie twórcy

Doceniając postawę Boniego, warto zwrócić uwagę na coś jeszcze. Byłoby idealnie, gdyby Boni, a także inni politycy, przestali zwracać się do OZZ jako do "twórców" lub "środowisk twórczych".

ZAiKS, ZPAV, SFP, REPREPOL... to wszystko są organizacje reprezentujące określone podmioty rynkowe i ich interesy. Czasem te organizacje mają jakiś związek z twórcami, ale bywa i tak, że występują przeciwko twórcom (np. domagając się opłat za utwory na licencji Creative Commons). Generalnie OZZ twórcami nie są

Można nawet dyskutować o tym, czy działalność OZZ służy przemysłowi praw autorskich. Przemysł finansuje te organizacje, ale one się rozrastają i zaczynają żyć własnym życiem, realizując przede wszystkim swoje własne interesy, a dopiero na drugim miejscu interesy przemysłu praw autorskich. 

Dobrym tego przykładem jest niemiecki pomysł nakładania opłat na wyszukiwarki za wykorzystane treści. To może być niekorzystne dla gazet, wyszukiwarek oraz użytkowników, ale umożliwi OZZ zbieranie pieniędzy i dobudowanie kolejnej warstwy biurokracji do polityki praw autorskich. Podobnych przykładów można podać więcej.

Można nawet zaryzykować tezę, że prawo autorskie samo w sobie nie jest tak dużym problemem, jak OZZ, które chcą rozciągnięcia tego prawa do granic absurdu. Chodzi o to, aby niemal wszystko było naruszeniem prawa autorskiego i aby zapobieganie tym naruszeniom oraz karanie ich napędzało strumyczek pieniędzy płynących do OZZ. To absurd, ale stwarzający tym organizacjom idealne warunki do egzystencji.

Czytaj: Resort kultury odcina się od kontrowersyjnego porozumienia. A czemu?


  
znajdź w serwisie

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy  
« Listopad 2018»
PoWtŚrCzwPtSbNd
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930 
Jak czytać DI?
Newsletter

Podaj teraz tylko e-mail!



RSS
Copyright © 1998-2018 by Dziennik Internautów Sp. z o.o. (GRUPA INFOR PL) Wszelkie prawa zastrzeżone.