Apple Facebook Google Microsoft badania bezpieczeństwo patronat DI prawa autorskie serwisy społecznościowe smartfony

Twórcy Angry Birds nie boją się piractwa

01-02-2012, 18:41

Firma Rovio rozwijająca znaną grę Angry Birds przyznała, że piractwo w istotny sposób dotyka jej produktów. Proceder ten nie jest jednak jej zdaniem jednoznacznie zły.

- Mieliśmy pewne problemy z piractwem, nie tylko jeśli chodzi o aplikacje, ale również w związku z fizycznymi produktami - mówią twórcy Rivio w rozmowie z brytyjskim Guardian. Podrabiania gadżetów firmowych miały się dopuszczać przede wszystkim azjatyckie firmy.

Czytaj także: Angry Birds teraz również dla PlayBooka

- Moglibyśmy się nauczyć wiele, chociażby patrząc na rynek muzyczny, który raczej słabo radzi sobie z przeciwdziałaniem piractwu - zauważają producenci Angry Birds. Ich zdaniem walka na drodze sądowej z osobami, które pobierają aplikacje z naruszeniem praw autorskich, byłaby po prostu szkodliwa dla ich wizerunku.

Zdaniem twórców popularnej gry mobilnej "piractwo może nie być złą rzeczą". Jak tłumaczą, "ostatecznie może im ono przynieść więcej klientów, którzy płacą". Nauczyliśmy się wiele, obserwując rynek muzyki, a przede wszystkim przestaliśmy traktować klientów jako użytkowników, a zaczęliśmy postrzegać ich jako fanów - tłumaczy zespół Angry Birds.

- Jeśli stracimy fanów, nasz biznes upadnie - przyznaje Rovio. - Jeśli jednak uda nam się zwiększać ich liczbę, nasza firma będzie się rozwijała. Warto przypomnieć, że na początku grudnia produkt finlandzkiej firmy przekroczył magiczną granicę pół miliarda pobrań. Do tej pory wyniku takiego nie udało się osiągnąć jeszcze żadnej innej grze poza Angry Birds.

Czytaj także: Angry Birds pobierane ponad milion razy dziennie


Aktualności | Porady | Gościnnie | Katalog
Bukmacherzy | Sprawdź auto | Praca
biurowirtualnewarszawa.pl wirtualne biura w Śródmieściu Warszawy


Artykuł może w treści zawierać linki partnerów biznesowych
i afiliacyjne, dzięki którym serwis dostarcza darmowe treści.

              *              

Źródło: Guardian