Samoregulacja - inny sposób na cenzurę internetu

14-02-2011, 13:42

Zagrożeniem dla swobodnej komunikacji w sieci są nie tylko rządy, ale także prywatne firmy, które działają w imię "samoregulacji" lub "dobrowolnej współpracy" w warunkach prawnej niepewności - taki wniosek można wyciągnąć z opublikowanego niedawno raportu European Digital Rights.

W Dzienniku Internautów wielokrotnie wspominaliśmy o rozwiązaniach prawnych, które mogą być zagrożeniem np. dla wolności słowa w internecie. Obecnie gorąca jest dyskusja na temat dyrektywy unijnej, która przewiduje blokowanie stron WWW w imię walki z pedofilią

Zagrożenia istnieją jednak także poza prawem, jeśli dostawcy internetu lub e-usług porozumieją się z innymi podmiotami (np. z posiadaczami praw autorskich) w zakresie blokowania dostępu do określonych treści. Takie porozumienia określa się mianem "samoregulacji" lub "miękkiego podejścia" i uważa się je za środek łagodniejszy niż "regulacja prawna". Problem w tym, że cenzura internetu wprowadzona przez samoregulację może nie różnić się zbytnio od "zwykłej" cenzury.

>>> Czytaj: UE: O walce z piractwem za zamkniętymi drzwiami

Organizacja European Digital Rights (EDRI) opublikowała raport, który zwraca uwagę na wady samoregulacji oraz niebezpieczne inicjatywy na poziomie krajowym, regionalnym i międzynarodowym, które już się pojawiły. Raport dostępny jest w formacie PDF - The slide from “self-regulation” to corporate censorship (43 strony).

Jeden z rozdziałów raportu poświęcony jest doświadczeniom, które już obnażyły wady samoregulacji. Wspomniano m.in. o badaniu Ahlerta, Marsdena i Yunga, w ramach którego porównano odpowiedzi dostawców hostingu na nieuzasadnioną prośbę usunięcia strony z sieci. Okazało się, że amerykański dostawca hostingu nie zablokował strony i poprosił zgłaszających o dodatkowe informacje. Działał tak, gdyż amerykańskie prawo dokładniej reguluje odpowiedzialność dostawcy. Inny dostawca z Unii Europejskiej (dokładnie z UK) usunął stronę po kilku dniach. Później podobne badania przeprowadziła organizacja Bits of Freedom, również dowodząc, że usunięcie strony z sieci jest łatwe dzięki "współpracy".

W kolejnym rozdziale raportu możemy poczytać o inicjatywach związanych z samoregulacją. Autorzy zauważają przy tym, że te inicjatywy trudniej jest śledzić. Porozumienia powstają w ramach "współpracy" bez charakterystycznej dla demokracji kontroli, nie wymagają akceptacji Komisji Europejskiej i biorą w nich udział różne instytucje unijne, oficjalnie nie zaangażowane w cały proces.

Wśród tych inicjatyw wymieniono wspierane przez Dyrekcję Generalną ds. Rynku Wewnętrznego rozmowy dotyczące zwalczania piractwa. W Dzienniku Internautów wspominaliśmy, że o szczegóły dotyczące tych rozmów pytają Komisję Europejską dwaj europosłowie. W rozmowach uczestniczy tylko "przemysł", tzn. operatorzy i przedstawiciele posiadaczy praw autorskich. Nie ma żadnej organizacji broniącej praw konsumentów, prywatności lub wolności słowa.

Ponadto z raportu wynika, że podobne rozmowy prowadzą różne unijne instytucje, a dotyczą one takich obszarów, jak walka ze stronami pedofilskimi, rasistowskimi i terrorystycznymi (w rozmowach uczestniczą dostawcy hostingu) czy ułatwienia w cyfrowej sprzedaży towarów i usług (chodzi o współprace posiadaczy praw z platformami internetowymi w zakresie powtarzających się naruszeń). Takie inicjatywy obserwujemy także w USA. Cechą wspólną ich wszystkich jest mała przejrzystość. Nie zależy na niej chyba żadnej ze stron.

Dobrym przykładem zachęcania do samoregulacji na poziomie międzynarodowym jest ACTA. To porozumienie mówi właśnie o współpracy z operatorami, ale według EDRI można mówić raczej o wymuszaniu współpracy, która dla operatorów przecież nie jest wygodna. Ci, którzy tę współpracę wymuszają, chcą wywierać nacisk na pośredników, gdyż jest ich mniej niż rzeczywistych sprawców naruszeń, z jakimi możemy zetknąć się w sieci. 

- Osiągnęliśmy etap w rozwoju internetu, gdzie istotnie każdy aspekt naszej aktywności online jest przedmiotem regulacji przez prywatne firmy, bazującej na i zmotywowanej przez - w różnych proporcjach i w innych chwilach - obawy o public relations, priorytety biznesowe, zagrożenie ścisłej interwencji regulacyjnej oraz obawy o odpowiedzialność cywilna i karną. Rządy swobodnie i chyba definitywnie oddają władze polityczną i sądową w ręce przemysłu (...) którego techniczne możliwości zmieniają się nieustannie - czytamy w podsumowaniu raportu EDRI

>>> Czytaj: UE: Walka z piractwem wymaga "odpowiedzialności pośredników"?


Źródło: EDRI
  
znajdź w serwisie

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy