Zamieszczenie linka jest ryzykowne dzięki unijnemu Trybunałowi. To musi uderzyć w wolność słowa!

12-09-2016, 10:21

Linkowanie do treści "pirackiej" może być naruszeniem - tak orzekł Trybunał Sprawiedliwości UE w ubiegłym tygodniu. Teoretycznie wyrok miał określić prawny status linkowania, a teraz pojawia się jeszcze więcej wątpliwości. Czym jest treść piracka? Co to znaczy działać dla zysku? Czy nie lepiej było po prostu ustalić, że informowanie o adresie nie jest udostępnianiem?

Pisaliśmy już, że w ubiegłym tygodniu Trybunał Sprawiedliwości UE wydał niezwykle ważny wyrok w sprawie linkowania (sprawa C-160/15 - GS Media vs Sanoma Media i Playboy). Jeśli nie czytaliście o samym wyroku to zajrzyjcie do naszego tekstu pt. Ważny wyrok w sprawie linkowania! Hiperłącze może być naruszeniem jeśli zamieścił je złośliwy zawodowiec, uznał Trybunał Sprawiedliwości UE.

Unijny Trybunał orzekł, że samo linkowanie może być naruszeniem praw autorskich, a mówiąc ściślej linkowanie może być "publicznym udostępnieniem" utworu. Do takiej sytuacji będzie dochodziło wówczas, gdy link będzie prowadził do treści "pirackiej (tj. opublikowanej z naruszeniem praw autorskich), a osoba zamieszczająca ten link na stronie będzie działała dla zysku i nie będzie umiała udowodnić, iż działała w dobrej wierze. 

Na pierwszy rzut oka wyrok może wydawać się rozsądny. Zamieszczenie linka do dzieła chronionego i udostępnionego "nielegalnie" może przecież zwiększyć szkody po stronie posiadaczy praw autorskich. Ponadto materiały udostępnione "nielegalnie" mogą być trudne do znalezienia, a jeden link w poczytnej gazecie może uczynić je popularnymi. Wiemy zatem jakie racje przemawiają za wyrokiem unijnego Trybunału, ale czy te racje stanowią wystarczające uzasadnienie dla uznania, że linkowanie może być tożsame z udostępnianiem? 

Osobiście miałem sporo wątpliwości. Przeczytałem wyrok kilka razy i przez weekend sporo o nim myślałem. Im dłużej myślałem, tym bardziej docierało do mnie jak bardzo niebezpieczną rzecz zrobił Trybunał. 

Sprawdzać legalność udostępnienia? Łatwo powiedzieć!

Łatwo jest powiedzieć, że osoba zamieszczająca link powinna sprawdzić legalność udostępnienia. Problem w tym, że w wielu przypadkach jest to niemożliwe albo niezwykle czasochłonne. Przykładowo w serwisie Flickr znajdziemy mnóstwo zdjęć udostępnionych na wolnej licencji, ale tak naprawdę każdy użytkownik może wgrać dowolne zdjęcie i oznaczyć je jako "wolny" materiał. Pytanie brzmi, czy dziennikarz linkujący do takiego zdjęcia może polegać na notce o licencji? A może powinien poszukać innych kopii tego zdjęcia i porównać informacje o licencjach? Jak głębokie poszukiwania należy przeprowadzić, aby mieć pewność co do legalności linkowania? 

A może inny przykład?

Na YouTube ktoś wrzucił nagranie z jakiegoś ważnego wydarzenia (marszu, zamieszek itd.). Dziennikarz nie powinien kopiować i udostępniać takiego nagrania jeśli nie ma pewności co do autorstwa. W przeszłości jednak dziennikarz mógł zamieścić link i powiedzieć: "zobaczcie, tam jest nagranie". Po ostnim wyroku Trybunału nawet taki link może być naruszeniem. Oczywiście dziennikarz mógł działać w dobrej wierze, ale czy na pewno działał? To jest płynne, a ryzyko spoczywa na dziennikarzu, blogerze, kimkolwiek kto linkuje. 

Nie zrozumcie mnie źle. Media powinny bardzo uważnie sprawdzić co udostępniają. Jeśli jednak zrównujemy linkowanie z udostępnieniem to oznacza, że media muszą uważnie sprawdzać o czym informują i muszą poddawać się autocenzurze. To chyba niedobrze. 

Link to tylko adres

Wyrok TSUE może stworzyć nową kategorię treści tj. treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne. Media mogą unikać linkowania do takich treści i to wpłynie na wolność słowa i jakość przekazywanych ludziom informacji. Pracownicy mediów mogą bowiem omijać linkowanie na dwa sposoby.

  1. Poprzez opisywanie tego, co widać w treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne,
  2. Opisy tego, jak dotrzeć do treści-do-których-linkowanie-jest-ryzykowne.

Szczególnie absurdalny będzie sposób drugi. Hiperłącze nie jest niczym innym jak tylko wskazaniem adresu, pod którym można znaleźć daną treść. Przeglądarka internetowa zamienia tę wskazówkę na "klikalny" element - to wszystko. Jeśli dziennikarze będą unikali linków i zamiast tego będą publikować inne wskazówki, będzie to wyglądać jak omijanie głupawej cenzury. A może jakiś kolejny wyrok zakaże dziennikarzom mówienia o tym jak można znaleźć coś, co jest publicznie dostępne? Jesteśmy tylko krok od takiego absurdu!

Problemy z domeną publiczną

Dodatkowym problemem jest złożoność praw autorskich. Utwór chroniony w jednym europejskim kraju może być niechroniony w innym. Taka sytuacja dotyczy Dziennika Anny Frank, o którym pisaliśmy w czasie tegorocznego Dnia Własności Intelektualnej. 

Załóżmy teraz, że ktoś utworzył stronę na której znalazł się tekst Dziennika Anny Frank. Ja linkuję do tej strony specjalnie, z zamiarem udostępnienia dzieła innym. Czy popełniłem naruszenie? Bardzo dobre pytanie! Przecież świadomie linkowałem do czegoś, co jest dziełem chronionym w Holandii! Teoretycznie więc zachowałem się jak pirat, ale z drugiej strony w moim kraju to konkretne dzieło jest częścią domeny publicznej! No więc jak? Czy popełniłem naruszenie? 

Niejasne pojęcia vs uzasadnione działania

Przez długi czas uważano, że status prawny linkowania jest niepewny. Wyrok w sprawie C-160/15 miał tę pewność wprowadzić, ale tak wcale się nie stało. Grupa obywatelska La Quadrature du Net już zauważyła na swoim blogu, że nie zawsze będzie jasne co to znaczy "działać dla zysku". 

Z kolei organizacja Electronic Frontier Foundation zauważa, że w wielu sytuacjach linkowanie do treści "naruszających" może być zasadne. Załóżmy, że rodzi się spór o plagiat jakiegoś tekstu. Pracownik mediów lub bloger może w takim przypadku odczuć potrzebę linkowania do dwóch tekstów - rzekomego plagiatu oraz tekstu "oryginalnego". Niestety taki link może okazać się naruszeniem, co EFF określa jednym słowem - "szaleństwo".

"Poważne zakłócenia funkcjonowania internetu"

Chętnie dla przeciwwagi podałbym linki do pozytywnych opinii o wyroku. Spodziewałem się, że przemysł "prawnoautorski" opublikuje takie oświadczenia. Niestety organizacje branży "prawnoautorskiej" na razie milczą. Sprawdzałem na stronach IFPI, RIAA, MPAA, MPA Europe, FEP, IWP i kilku innych organizacji. Nic. Cisza.

Być może głosy wsparcia dla tego wyroku jeszcze się pojawią. Z drugiej strony sami wydawcy powinni mieć świadomość, że są podmiotami działającymi dla zysku i oni również mogą odpowiedzieć za "bezprawne" linkowanie. Może dlatego nie ma jeszcze oświadczeń? Może wydawcy nie wiedzą co o tym myśleć?

Nie ulega jednak wątpliwości, że obecny wyrok wpisuje się w dążenia Komisji Europejskiej i niektórych wydawców do wprowadzenia tzw. podatku od linkowania. Komisja może teraz mówić, że jedynie ureguluje prawnie to, co Trybunał już wprowadził w życie. Chodzi o ideę utożsamienia linkowania z "udostępnianiem" utworu. Szaleństwo, ale Komisja tego chce. 

Niestety w ten sposób Trybunał zrobił coś, przed czym w kwietniu 2016 roku ostrzegał jego rzecznik generalny Melchior Wathelet.  Był on zdania, że zamieszczenia linków na stronie nie można zakwalifikować jako "czynności publicznego udostępniania" gdyż "każda inna interpretacja pojęcia publicznego udostępniania powodowałaby poważne zakłócenia funkcjonowania internetu". 

Te poważne zakłócenia mogą jeszcze wystąpić i mogą być wzmocnione po reformie prawa autorskiego w UE. 

Więcej o prawach autorskich w Dzienniku Internautów 


  
znajdź w serwisie

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy