Microsoft przekazał dane do śledztwa ws. Charlie Hebdo. Wystarczyło 45 minut

22-01-2015, 11:24

W ramach śledztwa w sprawie ataku na Chalie Hebdo firma Microsoft przekazywała dane władzom i nastąpiło to w ciągu 45 minut. Czy naprawdę potrzebne są dodatkowe formy inwigilacji?

Kto lub co jest winne temu, że uzbrojeni ekstremiści wkraczają do redakcji i strzelają do ludzi? Wiadomo - internet! Ten internet, w którym ludzie mogą przesyłać sobie fotki lub rozmawiać bez odpowiedniego nadzoru agentów służb specjalnych! Winny jest również ten internet, w którym każdy pisze, co chce.

Oczywiście przesadzam, ale takie właśnie wrażenie można było odnieść po ataku na Charlie Hebdo. Krótko po tragedii pojawiły się artykuły przyzwalające na masową inwigilację. Ministrowie krajów UE ogłosili, że po ataku trzeba walczyć z radykalizacją w internecie (właśnie w internecie!). Premier Wielkiej Brytanii zapowiedział walkę z szyfrowaną komunikacją, a potem miał rozmawiać z Obamą o nakłonieniu firm IT do lepszej współpracy z władzami.

W tej sytuacji nasuwa się jedno pytanie. Czy przy śledztwie w sprawie Charlie Hebdo naprawdę korzystano z danych e-usługodawców? Czy e-usługodawcy robili jakieś problemy z przekazaniem tych danych? Odpowiedź na to pytanie częściowo już znamy. 

Wystarczyło 45 minut

Prawnik Microsoftu Brad Smith ujawnił, że dwa tygodnie temu władze Francji chciały przekazania informacji o treściach e-maili z dwóch kont w usługach Microsoftu. To żądanie pojawiło się w czasie śledztwa w sprawie Charlie Hebdo. Do Microsoftu zgłosiło się w tej sprawie FBI, a firma uznała wniosek za uzasadniony i przekazała informacje w ciągu 45 minut (zob. BloombergMicrosoft Gave Data on Charlie Hebdo Probe to FBI in 45 Minutes). 

To sugeruje, że władze są w stanie efektywnie współpracować z firmami, nawet bez dodatkowych czy ekstremalnych form inwigilacji.

W tym miejscu warto przypomnieć, że firmy IT publikują swoje raporty przejrzystości na temat przekazywania danych władzom. Z raportu Microsoftu dowiemy się, że tylko w pierwszym półroczu 2014 roku władze różnych krajów prosiły firmę o dane na temat 58 tys. kont/użytkowników (Francja chciała wówczas danych o 6 tys. użytkowników, a Polska o 91 użytkownikach). Do ujawniania treści z kont dochodzi rzadko (2,5% przypadków), ale jednak uzyskanie tej treści jest dla służb możliwe.

Policjanci z lornetkami, FrancjaFrederic Legrand - COMEO / Shutterstock.com

Trzeba zmieniać prawo

Brad Smith zwrócił też uwagę, że nawet jeśli trzeba odpuścić nieco prywatności na rzecz bezpieczeństwa, powinno się to odbyć poprzez zmianę prawa. Prywatne firmy nie powinny decydować o tym, kiedy i co ujawniać lub kogo monitorować. 

Sonda
Czy Twoim zdaniem współpraca firm z służbami jest wystarczająca?
  • tak
  • nie
  • trudno powiedzieć
wyniki  komentarze

Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że politycy zapomnieli o znaczeniu prawa. David Cameron chciał rozmawiać z Barackiem Obamą, aby ten wywarł presję na amerykańskie firmy. Potem politycy niemieccy i francuscy wzywali firmy IT do bardziej proaktywnej walki z ekstremizmem w internecie. Rzecz w tym, że firmy nie chcą i nawet nie powinny być ochotniczymi współpracownikami władz. Firmy, którym tysiące ludzie powierza swoją prywatność, muszą mocno opierać się na prawie.

W pewnych obszarach wykrywania przestępstw firmy już teraz robią więcej niż wymaga od nich prawo. W ubiegłym roku Google wykrył pedofilskie zdjęcie na Gmailu i dał cynk policji. Takie działanie było możliwe dzięki technologii, która podobno bezbłędnie identyfikuje pedofilskie obrazki wcześniej przejęte przez organy ścigania. 

W przypadku wykrywania terroryzmu sprawa nie jest taka prosta. Nie chcemy przecież odwiedzin policji za każdym razem, gdy kupimy nowy szybkowar. Czy wiesz, że kupno szybkowaru może się wydać podejrzane


  
znajdź w serwisie

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy