Efekt Snowdena
W ciągu ostatnich dwóch lat coś
drgnęło w podejściu wiodących korporacji technologicznych do prywatności
i bezpieczeństwa danych. Apple zwiększyło poziom zabezpieczenia danych
na swoich serwerach – od niedawna są one szyfrowane w sposób, który w
zasadzie wyklucza możliwość ich masowego przechwytywania przez NSA i FBI. Podobne zmiany w systemie zabezpieczeń wprowadziła w ofercie biznesowej firma Box.com.
Jeszcze dalej poszła popularna aplikacja WhatsApp, wprowdzając domyślne
szyfrowanie komunikacji swoich użytkowników (na bazie oprogramowania Open WhisperSystems). W nowej linii telefonów komórkowych firma Apple zablokowała również możliwość przekazania policji danych bez udziału osoby, której telefon jest przeszukiwany.
Trudno
oceniać, na ile ten trend to trwały „efekt Snowdena”, a na ile
testowanie nowej strategii marketingowej, którą za chwilę zastąpić może
coś innego. W końcu rozmawiamy o przedsiębiorstwach zorientowanych na
zysk i żyjących z komercjalizacji danych, przed którą nie sposób się
chronić tak długo, jak powierzamy nasze dane tego typu pośrednikom.
Realna zmiana, którą proponują kolejne firmy, to ochrona przed masowym,
niejawnym przeczesywaniem wirtualnych serwerów przez służby wywiadowcze.
Imperium kontratakuje
Władze
tolerowały ten wolnościowy trend – być może ze względu na oburzenie
wywołane doniesieniami Edwarda Snowdena. Teraz zmieniły jednak zdanie:
wystarczył jeden tragiczny incydent, by antyterrorystyczna retoryka i
wszystko, co się z nią wiąże, wróciło z pełną mocą. Premier Wielkiej
Brytanii publicznie skrytykował dostawców usług komunikacyjnych, których
zabezpieczenia nie pozwalają na przechwycenie komunikacji: „Czy
w naszym kraju naprawdę chcemy pozwolić na narzędzia umożliwiające taką
komunikację między ludźmi, której nie możemy przechwycić?”.
Wtóruje
mu Barack Obama: „Jeśli mamy dowody na istnienie siatki
terrorystycznej, znamy numer telefonu podejrzanej osoby, jej konto
społecznościowe albo adres e-mail, a mimo to nie możemy zapoznać się z
przekazywanymi komunikatami, to mamy problem”. Prezydent Obama
zasugerował, że tę właśnie kwestię próbują rozgryźć firmy z Doliny
Krzemowej, które w imię patriotyzmu przekazują dane NSA i FBI.
Do ofensywy dołączyły też same służby bezpieczeństwa, domagając się
zagwarantowania łatwego dostępu do zaszyfrowanej komunikacji
elektronicznej (tzw. backdoor). Głos w tej debacie zabrali szef FBI, europejski koordynator antyterrorystyczny Gilles de Kerchove, dyrektor GCHQ i dyrektor NSA.
Wszystkich połączyła jedna obawa: jeśli pozwolimy każdemu szyfrować
komunikację, z pewnością skorzystają z tej możliwości również przestępcy
i terroryści. Ta logika prowadzi donikąd: równie dobrze można by
rozważyć zakaz swobodnego przemieszczania się (z pewnością korzystają z
niego przestępcy), a już na pewno zakaz produkcji broni (z definicji
służy do zabijania; cóż z tego, że czasem w obronie własnej).
Cytowane wystąpienia szefów rządów i służb trudno odczytać inaczej, niż jako próby wywarcia politycznego nacisku na
firmy, które nie chcą ułatwiać masowej inwigilacji. Nawet jeśli nie
wszystkie liczące się firmy ulegają tej presji, retoryka wpływowych
polityków przebija się do głównego nurtu i inspiruje inne organy. I tak,
na przykład w Hiszpanii grupa anarchistów została oskarżona o bezprawne
działania m.in. dlatego, że korzystała z bezpiecznego serwisu e-mail (Riseup.net).
Oskarżyciel oraz badający sprawę sędzia uznali, że sam fakt
podejmowania wysiłku dla zachowania poufności komunikacji jest
okolicznością obciążającą w sprawie.
To prosta droga do
konstatacji, że każdy, kto zabezpiecza swoją komunikację, zasługuje na
status podejrzanego. Dokładnie tą logiką posługują się służby
wywiadowcze i policja w wielu krajach, wyodrębniając użytkowników takich
usług jak TOR czy poczty e-mail z funkcją szyfrowania (jak OpenPGP) i
przyglądając się ich aktywności z większą uwagą (tzw. „flagowanie”).
W efekcie, osoby, które powinny wykorzystywać bezpieczną komunikację
(np. dziennikarze, prawnicy, aktywiści walczący z autorytarnymi
reżimami), stają przed trudnym dylematem: czy korzystać z popularnych i
niezabezpieczonych narzędzi, ryzykując przechwycenie komunikacji, czy
własnoręcznie umieścić się na celowniku służb?
Antyprywatnościowa ofensywa uderza też w graczy rynkowych. W Stanach Zjednoczonych pojawiły się pierwsze ataki prawne na firmy, które oferują i eksportują narzędzia umożliwiające skuteczne szyfrowanie. Departament Handlu USA nałożył 750 tys. dolarów kary na spółkę-córkę korporacji Intel. Dzięki dokumentom ujawnionym przez Edwarda Snowdena dowiedzieliśmy się też o licznych atakach technicznych służb
brytyjskich i amerykańskich na protokoły zabezpieczające poufność
komunikacji (TLS, SSL, SSH), które są wykorzystywane przez
najpopularniejsze serwisy internetowe, oraz na prywatne, wirtualne sieci
(VPN), które do tej pory uważane były za bezpieczny sposób zdalnego
komunikowania się w ramach dużych firm i organizacji.
Do czego to wszystko prowadzi?
Walka
z narzędziami, które umożliwiają zaszyfrowaną lub anonimową
komunikację, uderza w istotę prawa do prywatności – a w sferze
komunikacji elektronicznej w zasadzie je eliminuje. Ze względu na
techniczne zasady działania Internetu (gdzie każdy pakiet przechodzi
przez wiele urządzeń i węzłów) jedyna szansa na zabezpieczenie treści
komunikatu to jego zaszyfrowanie, a na zachowanie anonimowości –
„zgubienie” numeru IP w sieci takiej jak TOR.
Władza, która walczy z
bezpieczną komunikacją, sama generuje nowe zagrożenia, nie tylko w
sferze inwigilacji, ale również szeroko pojętej przestępczości. Z
osłabionych zabezpieczeń równie chętnie, co brytyjskie, polskie czy
amerykańskie służby, skorzystają chińscy i rosyjscy cyberżołnierze, ale
też zwyczajni włamywacze. Wprowadzenie
backdooru do oprogramowania czy osłabianie szyfrowania – tak by jedna
służba miała dostęp do danych – nieuchronnie oznacza, że prędzej czy
później z tej luki skorzystają też inni gracze. Rzeczywistą stawką w
tej grze jest zatem nasze bezpieczeństwo – to samo, w imię którego
władza odbiera nam kolejne sfery wolności i prywatności.
Ten paradoks unaocznił Edward Snowden. Wielokrotnie podkreślał, że
rozwijając złośliwe oprogramowanie typu Stuxnet, eksploatując luki w
bezpieczeństwie systemów informatycznych (Heartblead), łamiąc
zabezpieczenia największych firm internetowych i wbudowując tzw. tylne
drzwi w rozmaite urządzania i usługi, służby bardziej nas narażają, niż
chronią. Przy czym skutki tych działań są dalekosiężne – użytkownicy
tracą zaufanie do firm i serwisów; odpowiedzialni usługodawcy rezygnują z
oferowania bezpiecznych rozwiązań, ponieważ czują, że nie są w stanie
ich zagwarantować (kazus firmy Lavabit); aktywiści, dziennikarze i
wszyscy, którzy promują lub wykorzystują bezpieczne narzędzia
komunikacji – w tym organizacje pozarządowe – tracą grunt pod nogami.
Potrzebujemy stogu siana
Którędy
prowadzi droga odwrotu z tej ślepej uliczki? Oczywiste wydaje się, że
firmy internetowe pokroju Google, Apple czy WhatsApp powinny zrobić
wszystko, by odeprzeć polityczne ataki na podejmowane przez nie próby
lepszego zabezpieczenia danych. Na uległości w tej sferze mogą tylko
stracić. Ale to nie rozwiązuje problemu zwiększonej widoczności tych
użytkowników, którzy – idąc wbrew trendowi – decydują się na korzystanie
z takich narzędzi jak TOR czy OpenPGP. Z myślą o ich ochronie (przed
inwigilacją, ujawnieniem źródeł dziennikarskich czy wręcz bezpośrednim
zagrożeniem zdrowia i życia w krajach, gdzie trwa otwarty konflikt),
każdy z nas powinien rozważyć podjęcie dodatkowego wysiłku, jakim
niewątpliwie jest szyfrowanie czy korzystanie z TOR-a – bo w większym
stogu siana trudniej znaleźć igłę.
Rozwiązaniem najprostszym, z
propozycją którego znowu wypada zwrócić się do biznesu, byłoby jednak
zintegrowanie bezpiecznych narzędzi, takich jak OpenPGP, z
najpopularniejszymi usługami (np. Gmail, Snapchat czy WhatsApp). W tak
wielkim stogu siana namierzenie garstki osób, którym naprawdę zależy na
bezpiecznej komunikacji, stanie się niemożliwe.
Katarzyna Szymielewicz, Kamil Śliwowski
Fundacja Panoptykon






