Źle opisane pliki przynętą na piratów?

06-06-2011, 13:12

Osoby, które nigdy nie chciały pobrać gejowskiej pornografii, zostały postawione przed sądem w związku z zarzutami naruszenia praw autorskich do takiego materiału. Powodem były źle opisane pliki, które w sieci mogli udostępnić nawet sami prawnicy od P2P. Takie pliki-pułapki mogą otwierać nowy rozdział w historii antypiractwa?

Czytelników Dziennika Internautów nie zdziwi już pozywanie tysięcy osób za pobranie jakiegoś filmu. Podobnie jest z pozywaniem na podstawie samego adresu IP. Takie rzeczy mają miejsce w USA i niektórych krajach UE. Schemat działania prawników-antypiratów jest zawsze podobny - wysyłają oni listy do rzekomych piratów i proponują wpłacenie określonej kwoty w zamian za odstąpienie od pozwu. 

Przykład firmy ACS Law pokazał, że proceder jest dochodowy, a prawnicy mają świadomość, iż mogą atakować niewinne osoby. Okazuje się jednak, że to zjawisko może przybrać jeszcze bardziej groteskowe formy.

>>> Czytaj: Autor książki nie gani "pirata". Świat się zmienia? Nie!

Serwis TorrentFreak pisze o firmie Titan Media, która do sądu okręgowego dla Północnego Okręgu Kalifornii wniosła pozew przeciwko pięćdziesięciu osobom. Z treścią pozwu można się zapoznać w serwisie Scribd. Osoby pozwane miały rzekomo pobrać nieautoryzowane kopie filmów pornograficznych z sieci eDonkey.

W dokumentach sądowych znalazł się list kobiety, która wyjaśnia, iż nie miała zamiaru pobierać pornograficznego filmu. W rzeczywistości pobrała ona plik opisany jako "Album – Ryuichi Sakamoto – The Best Of Ryuichi Sakamoto.rar". Sądziła zatem, że pobierze utwory japońskiego kompozytora. Kiedy kobieta otrzymała list powiadamiający o naruszeniu, jego autorzy dobrze wiedzieli, że pobrała plik opisany błędnie. Czy w takim przypadku można mówić o świadomym naruszeniu praw producenta filmu?

Torrent Freak dotarł jeszcze do innej sprawy, w której Titan Media oskarża kogoś, kto miał udostępniać film pornograficzny opisany jako album grupy Dire Straits. Dziwny zbieg okoliczności. Wiele wskazuje na to, że posiadacze praw autorskich (lub działający w ich imieniu prawnicy) sami umieścili pliki-pułapki w sieci P2P (zob. TorrentFreak, U.S. P2P Lawsuit Shows Signs of a ‘Pirate Honeypot’).

TorrentFreak pytał o sprawę prawnika firmy Titan Media. Stwierdził on, że pozwani będą mogli udowodnić swoją niewinności przed sądem, ale dodał też, że nie sądzi, by niewinność miał udowodnić ktoś, "kto szuka kradzionej treści i otrzymał inną kradzioną treść".

Taka postawa właściwie nie powinna dziwić. Ostatnie lata udowodniły, że walka z piractwem może być biznesem równie dobrym, jak tworzenie muzyki czy filmów. Z przeszłości znamy też przypadek, gdy artyści oficjalnie gardzący piratami wykorzystali sieć P2P do promowania swojej twórczości.

Antypirackie działania na granicy prawa najprawdopodobniej będą coraz poważniejszym problemem. Wydaje się, że politycy powinni zacząć dostrzegać również tę stronę medalu. W tej chwili wiele mówi się o ochronie artystów, ale kto obroni zwykłych ludzi przed prawnikami oferującymi święty spokój za setki dolarów?

>>> Czytaj: Australijska policja znów przyłapana na piractwie


Źródło: TorrentFreak
Przepisy na coś słodkiego z kremem Nutella
  
znajdź w serwisie

RSS  
RSS  

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy