Wynik Google naruszył dobra przedsiębiorcy, ale nie będzie 300 tys. zł zadośćuczynienia

13-10-2015, 09:01

Pewien przedsiębiorca żądał 300 tys. zł zadośćuczynienia od Google za niefortunne złożenie dwóch fragmentów tekstu w opisie wyniku wyszukiwania. Sąd częściowo przyznał rację przedsiębiorcy, ale nie znalazł powodów by Google miała za to płacić.

Sad Okręgowy w Warszawie wydał bardzo ciekawy wyrok, który dotyczy naruszenia dóbr osobistych przez wyszukiwarkę Google. O wyroku donoszą m.in. Radio ZET oraz TVP Info. Nie mieliśmy jeszcze okazji zapoznać się z dokumentami sądowymi, ale sprawa jest godna zasygnalizowania już teraz. 

300 tys. zł za wynik w Google

Pewien biznesmen domagał się 300 tys. zł od Google za naruszenie dóbr osobistych za wynik wyszukiwania, który godził w jego dobre imię. Ten wynik pojawiał się po wpisaniu do Google nazwiska przedsiębiorcy. Był to link do artykułu na temat wyłudzania haraczy w latach 90., pod którym pojawiał się krótki opis artykułu o takiej treści. 

Przypadek pewnego powszechnie znanego w O. bandyty dowodzi ... (Tutaj imię i nazwisko powoda) dzierżawca (tu nazwa firmy): - żądał za rzekomą ochronę 3 tys. zł

Z tak skonstruowanego opisu można było wnioskować, że to powód był wspomnianym bandytą. W rzeczywistości był on przedsiębiorcą, który nie płacił gangsterom i zeznawał przeciwko nim. Ucierpiał nawet przez to, bo podpalono jego firmę.

Osoby często korzystające z Google dobrze wiedzą, że znak wielokropka w opisie linku oddziela różne fragmenty wyszukiwanego artykułu. Po prostu Google niefortunnie złożyła dwa fragmenty i faktycznie niedoświadczony użytkownik mógł pomyśleć, że to przedsiębiorca był bandytą. Z drugiej jednak strony czy można winić firmę za takie działanie algorytmu? Tło sporu było niewątpliwie ciekawe. 

Naruszenie było, ale bez winy Google

Sąd uznał, że faktycznie doszło do naruszenia dóbr osobistych, ale nie było to naruszenie zawinione. Sędzia Rafał Wagner uzasadniając wyrok zauważył też, że sam opis linku wcale nie świadczył, iż powód jest gangsterem. Tekst do którego prowadził link był dostępny w archiwum płatnym. Sędzia zauważył jednak, że już bezpłatna część tekstu pozwalała się zorientować kto był bandytą, kto ofiarą. 

Z artykułu w TVP Info można również wywnioskować, że biznesmen skorzystał z tzw. prawa do bycia zapomnianym, czyli zgłosił link do usunięcia. W sieci już nie ma spornego linku gdyż "pozwany wskazał powodowi, jak nawiązać kontakt z administratorem". Dzięki temu możemy spojrzeć na "prawo do bycia zapomnianym" od całkiem innej strony. Jest to nowy obowiązek dla Google, ale jednocześnie jest to dla Google argument przy sprawach dotyczących naruszenia dóbr osobistych. Uważasz, że Google niesłusznie prezentuje jakiś wynik? Możesz to zgłosić. 

Trzeba pozywać spółkę z USA

Przy okazji tej sprawy Sąd zwrócił również uwagę na kwestię tzw. legitymacji biernej. Jeśli nawet Google zawiniła to nie była to spółka Google Poland, ale spółka Google Inc. z USA. To ona odpowiada za wyniki wyszukiwania. To przypomina inny spór dotyczący naruszenia dóbr osobistych przez Google. 

W roku 2012 Google błędnie oznaczyła 1500 sklepów jako strony phishingowe, czyli służące do wykradania danych. Polska firma IAI-Shop poszła do sądu twierdząc, że Google chcąc nie chcąc rozpowszechniała nieprawdziwe informacje o ich przedsiębiorstwie.

W roku 2012 IAI-Shop odniosła małe zwycięstwo w sporze z gigantem. Ostatecznie jednak IAI przegrało spór z Google. Pozwaną spółką była Google Poland, która w Polsce wykonuje wyłącznie działalność marketingową oraz świadczy usługi wspomagające sprzedaż usług reklamowych. Sąd Okręgowy w Szczecinie uznał, że należało pozwać firmę z USA, która faktycznie miała wpływ na zabezpieczenia w przeglądarce. 

Obrazki, uzupełnianie, czyli co drażni w Google

Można jeszcze dodać, że za granicą trafiały się ciekawe spory dotyczące naruszenia dóbr osobistych przez Google. Przykładowo niemiecki Sąd Federalny orzekł, że jeśli ktoś czuje się urażony frazą proponowaną przez autouzupełnianie Google, firma powinna usunąć tę frazę autouzupełniania.

Ciekawy był także spór dotyczący Maxa Mosleya, byłego szefa Międzynarodowej Federacji Samochodowej. Mosley został uwieczniony w czasie czynności seksualnych z udziałem prostytutek. W mediach zostało to określone jako "nazistowska orgia z szefem Formuły 1". Mosley przyznaje, że brał udział w orgii, ale stanowczo zaprzecza, jakoby była ona "nazistowska". W każdym razie w Google dało się znaleźć obrazki z tej orgii. Sąd w Hamburgu zobowiązał firmę Google do usunięcia obrazków ze swoich stron.


  
znajdź w serwisie

RSS  

RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy