Premier zapowiedziała "odbiurokratyzowanie szkoły". To najmądrzejszy z edukacyjnych pomysłów rządu

18-11-2015, 14:59

Uwaga - ten tekst jest subiektywnym felietonem na temat związany z polityką. Przedstawia poglądy autora.

Nowa premier Beata Szydło wygłosiła swoje exposé. Jeśli nie mieliście okazji go posłuchać to na stronie Kancelarii Premiera znajdziecie krótkie podsumowanie. Beata Szydło mówiła m.in. rozwoju, planie na pierwsze 100 dni rządu, o gospodarce, polityce społecznej, mediach publicznych itd. 

Mnie szczególnie zainteresowała kwestia edukacji. Już wcześniej mówiono, że Prawo i Sprawiedliwość chce reformować edukację poprzez likwidację gimnazjów i przywrócenie 4-letniego liceum. Dziś w exposé padły też zapowiedzi innych zmian. Mówiąc w skrócie PiS planuje:

  • "odbudowę" szkolnictwa zawodowego,
  • rozbudowę sieci przedszkoli, 
  • program gabinetów stomatologicznych i lekarskich w szkołach,
  • likwidację tzw. godzin karcianych,
  • odchodzenie od systemu testowego,
  • zmiany w lekturach,
  • "odbiurokratyzowanie" szkoły. 

Zacznijmy mówić o pieniądzach

Powodzenie niektórych z wymienionych przedsięwzięć będzie zależało od pieniędzy. Przykładowo likwidacja "godzin karcianych" to bardzo dobry pomysł, bo te godziny wprowadzają dużo zamieszania w organizacji pracy szkół. Podobnie jest z gabinetami lekarskimi w szkołach - wspaniały pomysł, ale potrzebne będą pieniądze. 

Mam szczerą nadzieję, że rząd Szydło będzie umiał rozmawiać o pieniądzach w edukacji. Poprzednie rządy tego nie umiały, a właściwie nie chciały umieć. Wszyscy politycy uwielbiają odwoływać się do etosu nauczyciela, który krzewi edukację i karmi się samą radością z tego działania. Każdy polityk od szczebla lokalnego począwszy uwielbia kwieciste przemówienia o tym, że nauczyciel musi się poświęcać. Wszyscy lubią mówić nauczycielom "weźmy się i zróbcie".

Jeszcze teraz na stronie MEN-u znajdziemy komunikat z dnia 22 listopada pt. Minister do związkowców: porozmawiajmy o edukacji, a nie o pieniądzach. Czy naprawdę da się rozmawiać o edukacji bez pieniędzy? Nie. Jeśli szkoła ma być profesjonalna, nowoczesna i skuteczna, wymaga pieniędzy. Dużo, dużo pieniędzy. 

Trząchanie żywego organizmu

Jeśli już omawiam te edukacyjne pomysły to wspomnę o likwidacji gimnazjów i wprowadzeniu 4-letnich liceów. 

Polska edukacja od lat poddawana jest permanentnej reformie. Prawo zmienia się z roku na rok, a czasem także w trakcie roku szkolnego. O problemie tym wspominał Piotr Waglowski w wywiadzie dla Dziennika Internautów. Ustawa o systemie oświaty była zmieniana 9 razy tylko w 2014 roku. W roku 2015 były kolejne, liczne zmiany. To nie wszystko, bo ciągle wychodziły jakieś nowe rozporządzenia ministra edukacji. Piotr Waglowski użył fajnego porównania dla takich działań. To jest "trząchanie defibrylatorem żywego organizmu". 

Każdy kolejny minister edukacji czuje, że musi na polskiej szkole odcisnąć jakieś swoje piętno. Wiele zmian wprowadzano bez przemyślenia i tylko po to, by były. Teraz przyszedł nowy rząd i co obiecuje? Obiecuje podkręcenie defibrylatora do tego stopnia, żeby ubić jeden organ żywego organizmu (gimnazjum), przy czym dwa inne organy mają przejąć jego funkcję (podstawówka, liceum). Oj! To będzie mocne trząchnięcie!

Dodam, że ja sam chodziłem do 8-letniej podstawówki i 4-letniego liceum. Uważam, że niepotrzebnie utworzono gimnazja. Mimo to nie jetem zwolennikiem rażenia systemu edukacji kolejnym uderzeniem z defibrylatora. Po prostu ten system był rażony zbyt często i powinien od tego odpocząć. 

Odbiurokratyzowanie szkoły

Zakończę czymś pozytywnym. Beata Szydło zapowiedziała "odbiurokratyzowanie szkoły" i to jest pomysł świetny. Ciesze się, że nowy rząd dostrzega potrzebę zrobienia tego. 

O problemie nadmiernej biurokracji w szkole pisałem już w roku 2012. Wówczas nauczyciele musieli produkować całą masę niepotrzebnych papierów. Wiele z tych papierów zawierało to co było w innych papierkach, tylko forma się zmieniała.

Dziś jest tak samo. Słowo "produkować papiery" jest absolutnie adekwatne do tego, co nauczyciele robią. Chodzi o masowe wytwarzanie kilogramów rozkładów, kart monitorowania, sprawozdań, dokumentów ewaluacyjnych itd. Obserwując produkcję w wykonaniu znajomych nauczycieli nie raz zastanawiałem się, czy przypadkiem ministrowie edukacji nie ulegli lobbingowi przemysłu papierniczego i producentów materiałów eksploatacyjnych do drukarek. 

Mówiąc o szkolnej biurokracji nie mam na myśli wypełniania dzienników czy produkowania pomocy dydaktycznych, których nie ma w szkole (bo nie ma pieniędzy). Mam na myśli totalnie bezsensowną produkcję papierów, których tak naprawdę nikt nie czyta. Oczywiście każdy się boi, że przyjdzie ktoś na kontrolę i zacznie czytać, więc jednak papiery muszą się zgadzać... 

Polska szkoła naprawdę wymaga odbiurokratyzowania. Powiem więcej - praca nauczyciela wymaga odbiurokratyzowania. Ten cel w przeciwieństwie do innych można osiągnąć stosunkowo tanim kosztem. Szczerze powiedziawszy uważam to za najmądrzejszy pomysł edukacyjny obecnego rządu. Są też inne mądre pomysły, ale trzeba spytać o pieniądze i odpowiedzieć na pytanie, czy to realne pomysły, czy tylko obietnice. 

Jeśli rządowi PiS uda się osiągnąć ten jeden drobny cel - odbiurokratyzowanie - będzie to niesamowity postęp. Oczywiście może się okazać, że po latach rządów edukacja będzie trząchnięta z defibrylatora, zmieni się lista lektur, a biurokracji będzie o 10% więcej. Ktoś może przykładowo wpaść na pomysł, że nauczyciel powinien udowadniać co rok, że nie jest szympansem. No wiecie... powinien napisać taki obszerny raport na temat swojego pochodzenia, anatomii itd. Bez tego raportu nigdy nie wiadomo... może to jakaś małpa? 

Tak, nabijam się, ale mniej więcej taki jest problem z biurokracją w edukacji. Życzę sobie i wszystkim nauczycielom, rodzicom i uczniom, aby rząd "odbiurokratyzował" polską szkołę. Życzę sobie, aby nikt nie musiał na papierze udowadniać, że nie jest szympansem. 


  
znajdź w serwisie



RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy