Polskie startupy internetowe - z motyką na słońce

06-06-2012, 12:43

Na łamach blogów i serwisów technologicznych systematycznie pojawiają się informacje o powstających w Polsce internetowych startupach. Gdy kilka lat temu zacząłem śledzić związane z tym wydarzenia, nie ukrywam, że temat mnie ciekawił. Dziś już tylko irytuje. Większość internetowych przedsięwzięć powstających w naszym kraju wydaje się być tworzona jako sztuka dla sztuki. Są to najczęściej narzędzia online, które według twórców są genialne, a dla użytkowników są po prostu nieprzydatne. Startupowy biznesplan wygląda następująco: krok pierwszy - uruchomienie serwisu, krok drugi - zdobycie inwestora. A co dalej lub co pomiędzy? Nie wiadomo.

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie lektura tekstu "Mam dość startupów!" Pawła Lipca, specjalisty od e-commerce. Autor poruszył między innymi temat braku przygotowania młodych przedsiębiorców w starciu z realiami rynku. Będąc osobą stojącą obok branży startupowej, chciałbym dorzucić kilka słów od siebie.

Mimo że przez ostatnie lata przeczytałem dziesiątki doniesień o polskich startupach, dziś nie jestem w stanie wskazać spośród nich nawet jednego, który odniósł sukces. Nie można traktować jak wyjątku sprzedanego ostatnio za grube miliony Pizzaportal, bo powstał on w czasach przed modą na polskie startupy, kiedy techblogerzy rozpisywali się głównie o "Web 2.0". Odrzucić należy też kilka tych, które zdobyły dofinansowanie unijne, bo sukcesem jest osiąganie dużej sprzedaży, a nie dofinansowania publicznego.

Co jest nie tak z internetowymi startupami w Polsce? Otóż ich twórcy popełniają jeden zasadniczy błąd. Myślą, że sprzeda się serwis, którego jedynym atutem jest idea. Stąd mamy wiele stron bazujących na katalogowaniu czy rekomendowaniu, którym brakuje "tego czegoś". Jeżeli tego nie ma, zostaje idea w pakiecie z bezużytecznym mechanizmem, a to o wiele za mało, by zdobyć rynek.

W międzyczasie na rynku pojawiają się prawdziwe przedsięwzięcia związane z internetem, uruchamiane bez startupowego szumu. Twórcy tych produktów podchodzą do sprawy realnie - tworzą rzeczywisty biznesplan, w którym najcenniejsza nie jest idea i futurystyczne zyski, tylko mrówcza praca. Bo oprócz informatycznej otoczki serwis musi posiadać coś dodatkowego, co przyciągnie klienta. Dlatego stawiają konkretne cele i tworzą przydatne usługi. Przykłady? Proszę bardzo.

Zobacz także: Startupy dla młodych (fotoreportaż)

Serwis Vitalia.pl to miejsce, w którym za drobną opłatą uzyskamy informacje wspomagające odchudzanie i zdrowy styl życia. Przez internet mamy dostęp do spersonalizowanych diet, przepisów kulinarnych i wskaźników pokazujących postępy użytkownika. Jest również zapewniony kontakt ze specjalistami (dietetykami, lekarzami). Oprócz mechanizmów usługowych serwis jest w dużej mierze platformą społecznościową. Użytkownicy wymieniają się informacjami i sami uzupełniają treść serwisu. Vitalia to również przykład na skuteczne wdrożenie popularnej ostatnio "grywalizacji", czyli wciągnięcia klientów do zabawy, co stworzono na długo przed popularyzacją tego określenia w Polsce. Serwis jest idealnym produktem łączącym świetny pomysł, dobre wykonanie od strony informatycznej i przede wszystkim wsparcie ze strony specjalistów. Właśnie tego ostatniego brakuje polskim startupom. Trudno sobie wyobrazić, z czego ma się utrzymywać serwis rekomendujący filmy czy gry komputerowe, jeśli ma na utrzymaniu redaktorów i w dalekich planach nieokreślone wpływy z reklam. Jeśli jednak zostawimy cały mechanizm, zamienimy "gry" na "diety", a w miejsce pismaków zatrudnimy dietetyków, usługa nagle zaczyna na siebie zarabiać. Dlaczego? Bo daje użytkownikom coś, czego faktycznie potrzebują, co wpływa na ich życie w większym stopniu niż przeczytanie recenzji książki.

Mimo że prawie nikt z branży tego nie zauważył, od kilku lat istnieje Megatotal.pl. Serwis integruje twórców i odbiorców muzyki z pewnym ciekawym dodatkiem, który przesądza o jego sukcesie. Mechanizm działania jest prosty i genialny zarazem. Utwory w postaci plików MP3 kupuje się online, płacąc za nie drobne pieniądze, na przykład kilkanaście groszy. Pieniądze trafiają na konto serwisu, a gdy uzbiera się odpowiednia suma, z pieniędzy opłacane jest nagranie płyty w profesjonalnym studiu i wydanie jej w formie albumu CD, połączone z promocją i sprzedażą. Na tym nie koniec. Osoby, które kupiły utwory, otrzymują wpływy ze sprzedaży albumu proporcjonalne do wniesionego wkładu. Użytkownicy mają więc nie tylko dostęp do niemal darmowej muzyki, ale i zarabiają na wspieraniu twórców. Ci są z kolei zadowoleni, ponieważ swoją muzyką mogą zapracować na wydanie płyty. Idealny pomysł i wykonanie, który z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Wszystko oparte na wymianie informacji przez internet z kluczowym dodatkiem w postaci usługi fonograficznej. I o tym powinni pamiętać twórcy startupów. W przeciwieństwie do szumnych przedsięwzięć internetowych Megatotal wpływa na życie swoich użytkowników, dając im coś więcej niż zwykłą wymianę plików muzycznych.

Zobacz także: Startup Weekend Wrocław (fotoreportaż)

Dwa wymienione serwisy różni od polskich startupów to, że zostały opracowane jako prawdziwe przedsięwzięcia. Nie opierają się wyłącznie na samym pomyśle. Jeśli podchodzi się do przedsiębiorczości z rozsądkiem, nie jest nawet potrzebne nazywanie go "startupem" i promowanie się w celu zdobycia finansowania. Inwestora może przecież zastąpić kredyt w banku. Oczywiście pod warunkiem, że pomysł na biznes ma ręce i nogi.

Zdaję sobie sprawę, że rynek startupów w USA działa podobnie. Tyle że tam nie wymyśla się prostych narzędzi, tylko coś bardziej złożonego. Inwestor nie jest filantropem, tylko przedsiębiorcą, który zgodzi się na finansowanie, gdy produkt faktycznie ma "to coś". Gdy w USA upada startup, jest to duże narzędzie, oparte tylko w części na internetowych mechanizmach. Natomiast gdy zamykany jest startup w Polsce, jest to najczęściej serwis do magazynowania informacji, zamawiania usług czy rekomendowania produktów. Funkcja inwestora w amerykańskiej branży informatycznej spełnia także trochę inną rolę niż w Polsce. Tam inwestor pomaga w finansowaniu naprawdę dużych projektów, bo do małych wystarczą banki. Tymczasem w Polsce niezależnie od skali przedsięwzięcia przeważnie szuka się inwestora.

Żaden startup nie zmusi mnie do zamawiania taksówki przez aplikację. Gdy będę chciał coś zjeść, nie będę zaglądał na stronę serwisu, który podpowiada, co smacznego mogę dziś ugotować. Gdy poproszę kogoś o zrobienie dla mnie zakupów, nie będę w tym celu instalował na moim i cudzym telefonie aplikacji do przesyłania listy zakupów. A to tylko niektóre przykłady na polskie przedsięwzięcia czekające na wyimaginowany zwrot z inwestycji. Naprawdę nie potrzebuję tego typu usług i jestem przekonany, że nie potrzebują ich także inni ludzie. Przynajmniej nie w skali, która uzasadnia zdobycie finansowania i daje nadzieję na osiągnięcie rentowności.

Guy Kawasaki w swojej książce "Sztuka rozpoczynania" napisał, że nowe przedsięwzięcie technologiczne musi "zmieniać świat", dosłownie i w przenośni. Polskie startupy internetowe nie zmieniają świata. Nawet tego nie próbują. One tylko szukają inwestora, niestety.

Sławomir Wilk

Zobacz także: DemoCamp po latach, uwieczniony na zdjęciach (fotoreportaż)


Źródło: DI24.pl
  
znajdź w serwisie

RSS  


RSS - Wywiad
Wywiad  
RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy