Ochrona domeny publicznej wymagałaby informowania o pochodzeniu utworów. Ale czy tego ktoś wymaga?

Czym właściwie jest domena publiczna? Czy mamy możliwości bronienia prawa do swobodnego korzystania z utworów? Odpowiedź na te pytania nie jest tak prosta jak się początkowo wydaje.

Powyższe pytania nasuwają mi się, kiedy przyglądam się procesowi amerykańskiej fotografki Carol M. Highsmith przeciwko Getty Images w procesie prowadzonym w Nowym Jorku od lipca 2016 r. Sprawa jest głośna i szeroko komentowana, między innymi ze względu na wysokość żądanego odszkodowania – około 1 mld USD. Trafiłam nawet na wypowiedź amerykańskiego prawnika (Leonard J. French) na temat tej sprawy na YouTube. Dzięki takim materiałom wiemy na przykład, jak wygląda dokument, w którym Carol Highsmith przekazała prawa do kolekcji 230 zdjęć Bibliotece Kongresu USA.

Na pierwsze pytanie – czym jest domena publiczna – znam tradycyjną odpowiedź. Jednak w świetle kolejnych pytań zastanawiam się, czy aby ta odpowiedź jest wciąż adekwatna. Wyjaśnię dlaczego.

Problem: Uzyskanie dostępu do dzieła

Domena publiczna kojarzy się z wolnością w sieci i możliwością tworzenia bez martwienia się o konsekwencje prawne. Jest choćby ważnym elementem kultury remiksu. Liderom aktywnych i zaangażowanych społeczności pozwala tworzyć nową jakość. Korzystać z sieci w sposób dynamiczny i nieskrępowany – tego od lat oczekujemy. Dlatego domena publiczna kojarzy się pozytywnie. Gdzieś w tym wszystkim miotają się twórcy, którzy wiedzą, że domena publiczna nie zawsze musi być ich sprzymierzeńcem – dopiero tworzą się modele zarabiania na efektach pracy twórczej bez powoływania się na tradycyjne prawo autorskie i nie zawsze przynoszą pożądane efekty.

W sensie prawnym domena publiczna to po prostu brak praw skutecznych względem wszystkich, inaczej praw wyłącznych. Podobnie jak własność daje nam wyłączne prawo do określonej rzeczy (na przykład samochodu), prawo autorskie daje autorowi możliwość korzystania z utworu w jakiejkolwiek jego postaci z wyłączeniem wszystkich innych osób. Jest to prawo do utworu, bez względu na to, czy znajduje się na 100 tys. egzemplarzy, na jednym egzemplarzu, czy na przykład tylko w formie cyfrowej. Prawo autorskie do utworu jest pojęciem abstrakcyjnym i ma znaczenie w sensie prawnym, nie faktycznym. Przejście utworu do domeny publicznej oznacza, że prawo autorskie do tego utworu nie przysługuje nikomu.

Kwestie prawne, czyli dotyczące na przykład możliwości zabronienia komuś korzystania czy żądania wynagrodzenia za korzystanie, to jedna sprawa. Czym innym jest jednak faktyczna możliwość uzyskania dostępu do takiego utworu. Bo przecież nawet, jeśli utwór nie jest już chroniony, to przecież do korzystania z niego potrzebne jest nam jakieś źródło. Choćby na przykładzie fotografii. Czy uzyskamy ją kopiując książkę w bibliotece publicznej na trzydziestoletniej kopiarce, czy ściągniemy z Internetu w wysokiej rozdzielczości, to przecież różnica. Prawo autorskie nie wiąże się z tym, czy mamy skąd wziąć dane zdjęcie, ale z tym, czy z już uzyskanego zdjęcia możemy korzystać w prawnie nieskrępowany sposób.

Czy Carol Highsmith zrzekła się swoich praw?

Zwracam na to uwagę w kontekście sprawy Highsmith przeciwko Getty. Artystka przekazała Bibliotece Kongresu USA prawo do udostępniania kolekcji 230 swoich zdjęć (tzw. Archiwum Carol M. Highsmith) nieodpłatnie wszystkim użytkownikom tej biblioteki. Akt przekazania Archiwum zawiera bardzo ogólne stwierdzenie, że kolekcja została dedykowana odbiorcy powszechnemu („dedicated to the public”), w tym w zakresie obowiązującego gdziekolwiek na świecie prawa autorskiego, jakie posiadała (lub może wciąż posiada) Carol Highsmith. Dalsze postanowienia określają, w jaki sposób naukowcy i inni użytkownicy Biblioteki Kongresu mogą z tych dzieł korzystać.

Te same zdjęcia, dostępne za darmo na stronie Library of Congres, Getty Images udostępniało ze swojej platformy na płatnej licencji. Sprawa wypłynęła na światło dzienne po tym, jak Getty wezwało organizację pozarządową założoną przez Highsmith (This Is America!) do zapłaty odszkodowania (konkretnie „settlement payment”, a więc odszkodowania wynikającego z ugody) za wykorzystywanie zdjęć Carol Highsmith na swojej stronie internetowej.

Innymi słowy, Getty zachowało się tak, jakby zdjęcia Carol Highsmith nie znajdowały się w domenie publicznej, ale tak, jakby prawa autorskie do tych zdjęć (skuteczne względem wszystkich) były w posiadaniu Getty. Na jakiej bowiem innej podstawie mogłoby kierować przeciwko This Is America! jakiekolwiek wezwania do zapłaty?

Opłata licencyjna, jak sama nazwa sugeruje, jest związana z udzieleniem licencji. Licencja natomiast jest odmianą przekazania praw autorskich. Różnica pomiędzy przekazaniem praw a udzieleniem licencji jest taka, że w przypadku licencji tylko upoważniamy inny podmiot do korzystania z praw autorskich. Prawa te zostają jednak przy pierwotnie uprawnionym. Jeżeli Getty udostępnia nam zdjęcia przez swoje strony internetowe na zasadzie licencji, to tak naprawdę upoważnia nas do korzystania z nich na warunkach określonych w licencji, zachowując jednak do fotografii pełnię praw autorskich. Inaczej nie mogłoby udostępniać tych samych fotografii wielu osobom. Każdy użytkownik Getty zawiera umowę licencyjną i potencjalnie może istnieć wiele odpłatnych umów licencyjnych dotyczących dokładnie tego samego zdjęcia.

Czy jednak Getty ma prawo udzielać licencji na korzystanie ze zdjęć, które znajdują się w domenie publicznej, a więc takich, co do których nikt nie posiada praw autorskich? Nie mam wątpliwości, że nie. Jest stara rzymska zasada, zgodnie z którą nie można przenieść na nikogo więcej praw, niż samemu się posiada. Zasada ta wynika bardziej z zasad logiki niż z jakiejkolwiek ustawy i obowiązuje (mam nadzieję) niezmiennie na całym świecie. A na pewno powinna obowiązywać w USA. Egzekwowanie praw z licencji, czyli praw, które mają swoje źródło w prawie autorskim, nie powinno mieć miejsca, jeśli prawo autorskie już nie istnieje.

Nie wiemy, czy Carol Highsmith rzeczywiście „zrzekła się” swoich praw autorskich do zdjęć znajdujących się w Archiwum i wprowadziła je nieodwracalnie do domeny publicznej. Treść dokumentu jest bowiem wieloznaczna, co przyznają praktykujący w Stanach prawnicy. Sprawę ostatecznie rozstrzygnie nowojorski sąd. Zakładając jednak, że zdjęcia istotnie są w domenie publicznej, moim zdaniem Getty i tak nie może zachowywać się, jakby zdjęcia Carol Highsmith ściągnięte ze stron Getty były chronione jakimś nowym, lepszym prawem autorskim.

Przejrzysta informacja - dlaczego jest ważna?

Istnienie danego utworu w domenie publicznej oznacza, że można z tego utworu korzystać w sposób komercyjny. Na przykład w Unii Europejskiej można bez przeszkód wydawać powieści Jamesa Joyce’a, gdyż znajdują się one w domenie publicznej. Książki takie można sprzedawać z zyskiem. Ale nie można twierdzić, że fakt wydania tych publikacji upoważnia do ścigania innych, którzy wydają te same powieści Jamesa Joyce’a. Oczywiście, każdy, kto szuka Ulissesa w księgarni, potrzebuje faktycznego, namacalnego egzemplarza. W ten sposób, w momencie zakupu książki, wydawnictwo uzyskuje wynagrodzenie, pokrywające m.in. koszty związane z procesem wydawniczym. Gdy jednak ktoś uzyska dostęp do książki przez Internet lub ją skopiuje w punkcie ksero, wydawnictwo nie może ścigać takiej osoby o zapłatę odszkodowania za naruszenie praw do powieści Jamesa Joyce’a.

Wracam zatem do mojego drugiego pytania ze wstępu: czy my, jako korzystający z domeny publicznej, mamy jakiekolwiek możliwości obrony prawa do swobodnego korzystania z utworów? Odpowiedź jest trudna, bo trzeba mieć skąd wziąć utwór znajdujący się w domenie publicznej, aby w ogóle móc z niego korzystać. Trzeba też mieć wiedzę o tym, że dany utwór znajduje się w domenie publicznej, a więc korzystanie z niego nie podlega prawnym ograniczeniom. Nie mamy możliwości wymuszenia na wydawcach czy podmiotach internetowych, aby udostępniali nam utwory znajdujące się w domenie publicznej za darmo – za udostępnianie można pobierać opłaty. Pytanie zatem, czy można bronić się, w oparciu choćby o przepisy dotyczące konkurencji czy ochrony konsumenta, przed praktykami polegającymi na sprzedaży praw, których przedsiębiorca nie posiada (na przykład właśnie poprzez udzielanie wprowadzającej w błąd „licencji” do utworów znajdujących się w domenie publicznej). Chyba właśnie w takim „prawie do rzetelnej informacji” trzeba widzieć szansę na przynajmniej czasową normalizację spraw związanych z domeną publiczną. Niestety wątpię, aby rozstrzygnięcie w sprawie Carol Highsmith mogło nas przybliżyć do stworzenia takiego dobrego standardu.

----

Ewa FabianEwa Fabian

Napisz do autorki: ewa.fabian(at)adwokatura.pl

Warszawska adwokat, przewodnicząca Fundacji E-waluacja, organizacji non-profit zajmującej się badaniem wartości innowacji.

Współpracowała z warszawskimi kancelariami CMS i White&Case, gdzie zajmowała się obsługą sporów sądowych i arbitrażem handlowym. Uzyskała tytuł Rising Star Gazety Prawnej w 2015 roku. Specjalizuje się w dziedzinie prawa własności intelektualnej, interesuje się branżą start-upów, nowych technologii, komercjalizacją badań naukowych, branżą kreatywną, ekonomiczną analizą prawa.


Komentarze
comments powered by Disqus
To warto przeczytać

fot. od dot.pr





fot. od dot.pr






  
znajdź w serwisie

RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy  
Jak czytać DI?
Newsletter

Podaj teraz tylko e-mail!



RSS
Copyright © 1998-2017 by Dziennik Internautów Sp. z o.o. (GRUPA INFOR PL) Wszelkie prawa zastrzeżone.