Polska mogłaby zostać czołowym eksporterem edukacji online, ale obowiązujące od zeszłego tygodnia rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego sprawia, że tylko oddalamy się tego celu - mówił w wywiadzie dla Gazety Prawnej profesor Piotr Bołtuć z centrum e-learningu SGH.
W zeszłym tygodniu
weszło w życie rozporządzenie z 25 września 2007 r. w sprawie warunków, jakie muszą być spełnione, aby zajęcia dydaktyczne na studiach mogły być prowadzone z wykorzystaniem technik kształcenia na odległość. Przewiduje ono, że tylko uczelnie z prawem do habilitowania mogą przeprowadzić 80% zajęć online. Uczelnie nadające dyplomy magisterskie mogą zdalnie przeprowadzić tylko 40% zajęć.
W wywiadzie dla
Gazety Prawnej prof. Piotr Bołtuć mówił o negatywnych skutkach takiego rozporządzenia. Zauważył m. in., że dzięki e-learningowi i konkurencyjnej cenowo kadrze Polska miała szansę stać się czołowym eksporterem usług edukacyjnych. Rynek zdalnej edukacji jest nowy i teraz można stosunkowo łatwo na nim zaistnieć. Za kilka lat będzie to o wiele trudniejsze.
Bołtuć zauważył również, że np. w USA nie ma żadnych ograniczeń co do odsetka zajęć prowadzonych online. Ćwiczenia lub zajęcia laboratoryjne muszą się odbyć w budynku uczelni tylko wówczas, gdy istnieje merytoryczne uzasadnienie takiej konieczności.
Według profesora SGH zdecydowana większość pracodawców traktuje dyplom zdobyty w ramach studiów online na równi z dyplomami studiów stacjonarnych. Zdarza się nawet, że takie dyplomy są atutem. Z oczywistych przyczyn preferują je firmy specjalizujące się w prowadzeniu działalności przez internet.
Z oferty studiów online do tej pory korzystali w Polsce rodzice samotnie wychowujący dzieci, żołnierze (także służący w Iraku) osoby obłożnie chore, przedsiębiorcy oraz osoby pracujące za granicą. Teraz dla wspomnianych grup społecznych możliwość podnoszenia kwalifikacji przez e-studia może zostać zamknięta.
Całość rozmowy z prof. Bołtuciem w Gazecie Prawnej:
Rząd ogranicza e-studia