Badania eye trackingowe - czyli takie, w których obserwuje się i mierzy ruch gałek ocznych badanych osób - znane i rozwijane są od wielu lat. Ale ostatnio coraz częściej mówi się o tej technice, głównie w odniesieniu do badania funkcjonalności stron internetowych. Czy mamy do czynienia z nową jakością badań nad użytecznością stron, czy może zwyczajną modą?
Eye tracking to metoda polegająca na śledzeniu ruchu gałek ocznych osoby biorącej udział w badaniu. Za pomocą specjalnych urządzeń, tzw. eye trackerów, mierzy się różne czynniki, takie jak czas koncentracji wzroku na danym elemencie lub zbiorze elementów, kolejność oglądania strony, aktywność i szereg innych. Dane te są przetwarzane i analizowane przez specjalistyczne oprogramowanie. Jest to oczywiście bardzo uproszczona definicja eye trackingu, ale na potrzeby naszego opracowania wystarczająca.
Gdzie stosować?
Obserwacje, a następnie wnioskowanie na podstawie ruchu gałek ocznych stosuje się przy ocenie percepcji reklam - poczynając od ulotek reklamowych, poprzez klasyczne reklamy, spoty telewizyjne, a na reklamach zewnętrznych, czyli tzw. outdoorze (w tym ostatnim przypadku stosuje się eye trackery mobilne, nieco inne od tych, których używa się do badań stacjonarnych) kończąc.
Eye tracking znajduje również zastosowanie w branży wydawniczej, przy ocenie wyglądu i układu magazynów i gazet. Ostatnim, bardzo dynamicznie rozwijającym się obszarem w którym stosuje się badania eye tracking jest ergonomia pracy z komputerami, zarówno w odniesieniu do aplikacji (programów), jak i stron WWW.
Eye tracking może być i jest stosowany jako narzędzie do badania funkcjonalności i użyteczności stron internetowych. W tym przypadku badanie to pokazuje, jak użytkownik korzysta z konkretnej strony, które jej elementy ogląda najczęściej i jak długo, które natomiast pomija. Badać na stronie można praktycznie wszystko - menu i narzędzia nawigacyjne, obszary przeznaczone na reklamę (percepcja powierzchni reklamowej), miejsca wyznaczone do kontaktu itp.
Kontrowersje
Eye tracking jest metodą kontrowersyjną co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze nieufność wzbudza sposób pomiaru. Trudno jednak adwersarzom eye trackingu przyznać w tym punkcie racje - przy obecnym rozwoju techniki badacze mają do swojej dyspozycji doskonały i bardzo precyzyjny sprzęt i oprogramowanie. Niemniej jednak wiele osób decyzyjnych, od których zależy zlecenie tego typu badań, podchodzi do nich ostrożnie.
Drugi argument przeciw jest niestety poważniejszy. Chodzi mianowicie o wnioskowanie, albo raczej o możliwość przełożenia danych pozyskanych w trakcie badania na konkretne wnioski i wskazówki, które będą miały wartość w procesie np. marketingowym. Badając zachowanie wzroku jednego użytkownika otrzymujemy bardzo dużo różnych danych. Same w sobie są one ciekawe, ale żeby były naprawdę wiarygodne, a przede wszystkim przydatne muszą być nałożone na dane pozyskane od wielu innych badanych, a następnie ujednolicone, w jakiś sposób zgeneralizowane. To najbardziej problematyczne pole badań eye trackingowych.
Badać, czy nie?
Kluczowa więc pozostaje kwestia, czy zastosowanie badań tego typu na potrzeby usability stron internetowych ma sens? Jak najbardziej ma. Badania dostarczają szeregu ważnych informacji, których w inny sposób pozyskać nie można lub jest to bardzo trudne. Możliwości technologiczne - zarówno w sferze przyrządów do pomiaru, jak i dedykowanego oprogramowania - są dziś bardzo duże i ewidentnie wzmacnia to wiarygodność eye trackingu. Ale błędem jest traktowanie tej metody jako jedynej w zakresie oceny funkcjonalności i użyteczności stron internetowych. Zlecenie badania typu eye tracking powinno być kolejnym elementem procesu, jakim jest usability i powinno następować dopiero wtedy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Podsumowując - eye tracking jak najbardziej tak, ale nie zamiast, ale jako dodatek.
W Dragon's Den wszystko było wyreżyserowane. Nasz projekt był z góry łatwy do określenia, że nie wiadomo, o co nam chodzi i nie umiemy tego zaprezentować - mówi Dziennikowi Internatów uczestnik Dragon's Den, Ziemowi Gólski, który odpadł z programu, ponieważ nikt nie zrozumiał jego projektu. więcej
Kilka dni temu publikowaliśmy treść listu Radia Wolne Media do ZPAV w sprawie próby pobrania przez pracownika tej instytucji opłat za korzystanie z utworów na licencji Creative Commons. Sprawie przyjrzeliśmy się bliżej, wysyłając do ZPAV-u prośbę o komentarz. Przy okazji zadaliśmy też pytanie, czy ZPAV stara się dotrzeć do producentów, w obronie których pobiera opłaty. więcej
Gdy posiadasz prywatny samochód, komputer czy inny sprzęt i chcesz wykorzystać go na potrzeby działalności gospodarczej, wprowadzając do ewidencji środków trwałych firmy, musisz ustalić wartość początkową, od której rozpoczniesz amortyzację danego składnika. Jest nią cena nabycia, a gdy nie możesz jej ustalić, dokonaj wyceny, uwzględniając ceny rynkowe. więcej
Od jakiegoś czasu abonenci telewizji satelitarnej n są nękani bardzo uciążliwą reklamą emitowaną zaraz po każdym uruchomieniu dekodera. Reklama ma formę planszy zastępującej właściwy obraz i zachęcającej do skorzystania z oferty wypożyczalni VOD operatora - pisze Czytelnik Dziennika Internautów. więcej