Ktoś może zarobić na Twoich filmach na YouTube, choć nie naruszyłeś praw autorskich - AWI

02-12-2013, 13:22

Filmowcy publikujący na YouTube ryzykują, że na ich filmach zacznie zarabiać ktoś inny. Odbywa się to poprzez zgłaszanie rzekomych naruszeń praw autorskich, choć w rzeczywistości nie musiało dojść do żadnego naruszenia.

To kolejny tekst z cyklu Absurdy własności intelektualnej (AWI).

* * *

Prawa autorskie na YouTube robią coraz więcej problemów samym twórcom. Dziennik Internautów opisywał już problemy związane z materiałami na licencji Creative Commons, które YouTube poleca jako materiały do wykorzystania, po czym ich użycie może być uznane za naruszenie.

Problemy mogą mieć również ci twórcy filmów, którzy zakupili jakieś elementy dzieł do wykorzystania (np. muzykę). Przekonał się o tym polski twórca Łukasz Drobnik, który prowadzi m.in. kanał na YouTube z krótkimi filmami o gotowaniu.

Za muzykę płacił, a tu naruszenie!

Łukasz Drobnik zawodowo zajmuje się filmowaniem i dlatego postanowił wykupić bazę utworów muzycznych od firmy SmartSound.com. Mógł być pewien, że jeśli wykorzysta utwory z tej bazy, nie grozi mu odpowiedzialność za naruszenie praw autorskich. Mimo to w ostatnim czasie dostał dwa zgłoszenia dotyczące naruszenia praw autorskich. Pochodziły od firmy AdRev, rzekomo reprezentującej twórców. 

Czy firma AdRev rzeczywiście mogła reprezentować twórców tych samym utworów, które są sprzedawane przez SmartSound? Oczywiście tak, ponieważ SmartSound nie ma ze swoimi kompozytorami umów na wyłączność. Część z twórców może sprzedawać utwory przez SmartSound i jednocześnie innymi kanałami. Jednym z tych kanałów może być AdRev.

Jak działa AdRev?

Działalność AdRev wymaga osobnego omówienia. Firma ta była opisywana w prasie jako dostawca "rozwiązań dla mas, do zarządzania prawami do muzyki na YouTube". Muzycy współpracujący z AdRev mogą przekazać tej firmie swoje nagrania, a ona zajmuje się identyfikowaniem tych nagrań na YouTube oraz ich "monetyzacją". Firma nie domaga się zatem usuwania nagrań. Korzysta ona z oferowanej przez YouTube możliwości zarabiania na reklamach, przekazując twórcom 80% wygenerowanych w ten sposób przychodów.

Innymi słowy, AdRev to firma, która jest pośrednikiem pomiędzy twórcami i YouTube. Teoretycznie twórcy mogliby sami współpracować z YouTube, zachowując 100% przychodów, ale tylko znaczący posiadacze praw autorskich mają na to szanse. Dzięki AdRev nawet twórca kilku utworów może zarabiać na YouTube. AdRev skupia takich twórców, administrując prawami do utworów, które pojawiają się w ok. 10 mln filmów na YouTube.

Ludzie mówią, że AdRev to przekręt

AdRev to legalne przedsięwzięcie, uważane za bardzo obiecującą firmę. Jest tylko jeden problem - AdRev może rościć sobie prawa do utworów, do których prawa mają również inne podmioty. Tak było w przypadku Łukasza Drobnika. Zakupił on legalnie utwory od SmartSound, zapłacił za prawo korzystania z nich, a mimo to AdRev zgłosiło naruszenia praw autorskich, otwierając sobie drogę do zarabiania na filmach Drobnika.

Zgłoszenie naruszeń przez AdRev ma zatem istotne skutki, nawet jeśli nie powoduje usunięcia filmu. AdRev zaczyna zarabiać na reklamach wyświetlanych przy filmach. Jak już wykazaliśmy, w rzeczywistości nie musi dochodzić do żadnych naruszeń. Dlatego właśnie wielu twórców na YouTube określa działalność AdRev mianem przekrętu czy oszustwa. Niektórzy przekonali się, że AdRev może zacząć zarabiać na ich filmach po zgłoszeniu naruszeń do pojedynczego efektu dźwiękowego (sic!).

Na YouTube znajdziemy filmy ostrzegające przed AdRev. Oto jeden z nich, ale da się znaleźć dużo więcej, opisujących AdRev w bardziej dosadny sposób. 

AdRev okiem twórcy

Teoretycznie cała ta sprawa jest do wyjaśnienia. AdRev zgłasza rzekome naruszenie, a twórca filmu może się bronić. W praktyce może się jednak okazać, że twórca filmu jest na słabszej pozycji, bo musi reagować już po fakcie. Wielu twórców decyduje się na kasowanie filmów i wgrywanie ich na nowo tylko po to, aby AdRev nie zarabiała na ich dziełach.

Jeśli AdRev zarobi cokolwiek na reklamach, dochodzi do czegoś w rodzaju podwójnego licencjonowania muzyki na YouTube. Niektórzy twórcy kupili przecież muzykę legalnie, zapłacili za nią (tak jak pan Drobnik), ale dodatkowo AdRev może zarobić na reklamach.

Film warty tyle co dźwięk?

Łukasz Drobnik w rozmowie z DI dostrzegł też inny absurd. Razi go to, że dla YouTube "ścieżka muzyczna do filmu jest warta tyle co film". Czy naprawdę AdRev powinna zarabiać na cudzym filmie, bo gdzieś w tle znalazł się fragment jakiejś piosenki lub efekt dźwiękowy?

Co istotne, Łukasz Drobnik ostatecznie uniknął problemu. Odwołał się od zgłoszenia o naruszeniu i firma AdRev zrezygnowała ze swoich roszczeń. To jednak oznacza, że firma miała na uwadze, iż jej żądanie mogło być nieuzasadnione. W tym przypadku twórca zareagował, ale nie zawsze tak jest.

Do Dziennika Internautów kilkakrotnie zgłaszały się osoby, które twierdziły, iż niesłusznie zarzucono im naruszenie na YouTube. Informowaliśmy te osoby, jak powinny się odwoływać, ale one nie chciały. Dlaczego? Bo bały się różnych postępowań, bo nie chciało im "się szarpać" itd. Wielu amatorów nie czuje się gotowych do dyskusji o prawach autorskich z większym podmiotem. Wielu z nich przeraża sam fakt, że jeśli odwołają się od zgłoszenia naruszenia, YouTube przekaże ich dane firmie roszczącej sobie prawa do jakiegoś materiału.   

Sonda
Czy zgodzisz się, że opisane problemy z AdRev mogą służyć do naruszania praw twórców?
  • tak
  • raczej tak
  • raczej nie
  • nie
wyniki  komentarze

YouTube nie całkiem bezstronne

Dziennik Internautów kontaktował się w opisywanej tu sprawie z Google Polska. Pytania przekazaliśmy już w ubiegłym tygodniu. Nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi, ale domyślamy się, co usłyszymy. Google czy YouTube często powtarzają, że "YouTube udostępnia technologię, nie jest stroną w sporach dotyczących praw autorskich". Takie oświadczenie wydał przedstawiciel Google, komentując opisywany wcześniej problem z filmami na licencji CC.

Moim zdaniem powyższe oświadczenie jest nieco mylące. Sugeruje ono, że YouTube jest bezstronne i w nic się nie miesza. W rzeczywistości jest nieco inaczej - YouTube udostępnia pewne narzędzia wybranym posiadaczom praw autorskich, takie jak choćby system Content ID do kontrolowania treści. Te narzędzia, pierwotnie przeznaczone do ochrony twórców, mogą służyć do krzywdzenia pomniejszych twórców. Jeśli YouTube uważa, że to nie jest żaden problem, to w rzeczywistości próbuje przemilczeć wadę swojego systemu zarządzania prawami autorskimi.

Czytaj inne teksty z cyklu Absurdy własności intelektualnej


Komentarze
comments powered by Disqus
To warto przeczytać












  
znajdź w serwisie

RSS - Interwencje
RSS - Porady
Porady  
RSS - Listy
Listy  
« Wrzesień 2017»
PoWtŚrCzwPtSbNd
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Jak czytać DI?
Newsletter

Podaj teraz tylko e-mail!



RSS
Copyright © 1998-2017 by Dziennik Internautów Sp. z o.o. (GRUPA INFOR PL) Wszelkie prawa zastrzeżone.