A dla mnie to całe porozumienie to skandal. I to skandal nie ze strony Google, tylko tych "organizacji autorów", które wytoczyły proces i zawarły tę ugodę.
Parę (a właściwie nawet paręnaście) lat temu napisałem książkę, jestem też współautorem paru innych. Teoretycznie zatem to porozumienie mnie też obejmuje. I teraz ja się pytam: jakim prawem jakaś "organizacja autorów" wnosi pozew przeciwko Google i negocjuje sobie warunki ugody, teoretycznie także i w moim imieniu, chociaż ja ich nigdy nie prosiłem o to ani ich nie upoważniałem do reprezentowania mnie? A teraz co najwyżej mogę jedynie "odstąpić od ugody"... Dlaczego mam "odstępować" od czegoś, do czego nigdy nie przystępowałem?
Już niechby sobie Google udostępniało te książki za darmo, a kto uważałby się za pokrzywdzonego, niechby indywidualnie składał pozwy. Tak by było normalnie. (Ja na pewno bym nikogo nie pozywał, bo już raz pieniądze za książkę dostałem, jest opublikowana, więc teraz niech sobie żyje swoim życiem ;)). Ale dlaczego ktoś uważa się za uprawnionego do decydowania za mnie, i zawiera także w moim imieniu jakieś "porozumienie", nie dając mi praktycznie możliwości wyboru?
@Gajowy:
Ty po prostu nienawidzisz Microsoftu. Dla Ciebie nie ważne jest co robi Microsoft. Wszystko i tak będzie źle. Może pora na psychologa.
@raj:
Ja na Twoim miejscu bym pozwał Google. To Twoja własność intelektualna. Jeśli udostępnią ją w Internecie, bez Twojej zgody, to złóż pozew do polskiego sądu. Odszkodowanie gwarantowane.
@~raj, moim zdaniem dotykasz tu sprawy ludzi, którzy żyją tylko z tego że raz coś napisali, stuknęli kilka nutek do pioseneczki, której nikt dziś nie pamięta. Dla nich to jedyne źródło zarobku, utrzymania, i czepiać się będą swych zamierzchłych "zasług" jeszcze pokoleniami.
W Twoim przypadku książka, jej publikacja była jedynie jednym z wielu obszarów Twojej aktywności, i dlatego nie identyfikujesz się z grupą którą opisuję wyżej.
Faktycznie, powinieneś poważnie rozważyć dochodzenie swych praw od Google, co może się dla Ciebie stać interesującym doświadczeniem, i kto wie, motorem do kolejnych działań.
Po co miałbym pozywać Google? Wręcz popieram ewentualne udostępnienie przez nich treści książki w sieci - pod warunkiem, że będzie ona dostępna za darmo. I taki warunek zamierzam im postawić.
Jeżeli już kogoś pozywać, to owo amerykańskie "Stowarzyszenie Autorów", że reprezentuje mnie i dysponuje moimi prawami bez mojej wiedzy i zgody.
Tylko co mi by przyszło z takiego procesu, nawet jeśli bym go wygrał? Tylko zawracanie głowy...
Zdaje się, że właśnie na niego trafiłem - powiedz mi coś jeszcze, czego o sobie nie wiem :P
Żeby ci ułatwić, powiem, że właśnie piszę to spod Visty, na którą przeszedłem z XP (i polubiłem), a obok stoi X360.


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.