
A mówi się, że dzieła literackie są spuścizną narodu.
Dobrze, że chociaż część dzieł może zostać zdigitalizowanych, szczególnie, że z biegiem lat będą coraz bardziej narażone na nieczytelność. Książki, które były napisane 20 lat temu powinny być dostępne w postaci cyfrowej już teraz.
Jeżeli chodzi o zwykłe książki to rozumiem obawy wydawców - książki specjalistyczne potrafią kosztować powyżej 100 PLN, a ich dostępność w bibliotece cyfrowej rzeczywiście generowałaby straty - teraz jak w bibliotece nie ma książki to najczęściej się ją kupuje, a jak każda książka byłaby dostępna w internecie za darmo to kupowaliby je tylko ludzie, którzy chcą mieć własną drukowaną na własność. Z drugiej strony gdyby lepiej rozwinąć księgarnie cyfrowe, więcej książek by się sprzedawało w postaci cyfrowej.
Ciężko znaleźć kompromis - chociaż sam jestem za rozwiązaniem pierwszym.
Prawo jest dobrze skonstruowane, jedynie jego parametry są idiotyczne. 70 lat od ŚMIERCI autora!?
Moim zdaniem wystarczyłoby 5 do 10 lat od pierwszego WYDANIA książki. Dodatkowo w specjalnym rejestrze, za opłatą, autor lub spadkobierca mógłby przedłużyć obowiązywanie ochrony o wybraną ilość lat. Reszta książek stawałaby się ogólnym dobrem kultury.

Nie przesadzajmy - książki to nie utwory muzyczne, znacznie rzadziej są kupowane przez co zysk dla autora mniejszy. Aby móc się utrzymać z samego pisania, trzeba być albo naprawdę dobrym, albo pisać przynajmniej jedną książkę na rok ( co jest niewykonalne ).
Z powieściami jest o tyle prościej, że więcej osób je kupuje (czy dla siebie, czy na prezent), ale takie np. książki od analizy matematycznej, czy fizyki już o wiele mniej ( patrz nie więcej jak 3% społeczeństwa - ci o wykształceniu wyższym ). Dlatego są takie drogie, no ale ktoś musi te książki napisać, a do tego potrzebna jest wiedza i dużo pracy. Do tego zysk z nich nie jest taki duży dla autora i wydawcy.
Chciałbym dożyć czasów, w których będzie można dużo taniej takie książki w internecie przeczytać - mówię o wydanych jako .pdf, a nie skanach.

"Pieniądze mogłyby trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (OZZ)."
wciąż stanowi to koślawe rozwiązanie które służyc będzie jakiemuś pośrednikowi. na domiar złego takiemu który nie wnosi nic poza dodatkową górą nierobów do utrzymania.

Książka może stanowić do autora pewne mniej lub bardziej stałe źródło utrzymania. Ciężko dobrać taki okres ochrony, aby i czytelnicy i autorzy (wraz z wydawcami) byli zadowoleni.
Przy niektórych książkach 10 lat to może być aż nad to, a przy innych ledwie co na zwrot kosztów.

Ciekawe, kto bierze pieniądze za zarządzanie prawami autora nieznanego?
Dla mnie akurat to jest chore.
Bezsensowny pomysł z przedłużaniem. Bogaci mogliby blokować dostęp do "swoich" dzieł w nieskończoność.
IMO wystarczy 5 lub 10 lat od śmierci autora. Skoro umarł, to generalnie tak czy tak już się z tego nie utrzymuje. Spadkobiercy z kolei wkładu w dzieło nie wnieśli, więc jak dostaną kasę z 5 lat to i tak powinni się cieszyć.
Pieniądze dla OZZ są bez sensu. Kolejna organizacja, która dostanie forsę za nic, przeznaczy głównie na własnych urzędników (zapewne zatrudnienie znajdą znajomi znajomych) i "walkę z piractwem", bo im jakieś niby przychody kradną. I tyle. Kolejny ZAIKS, ZAPV i tym podobne RIAA'e.

Nie do końca tak to działa.
W przypadku książek wydawca najpierw ponosi duże koszty związane z wydaniem jakiegoś tam nakładu książek. Często jest też tak, że autor całkowicie sprzedaje prawa do utworu wydawcy, dostając za to wynagrodzenie z góry ( albo umawiają się na daną kwotę dla autora i jakiś procent ze sprzedaży ). Nie są to sumy małe, więc wydawcy powinni mieć zagwarantowaną możliwość zarobienia na zwrot kosztów.
Do tego dochodzi jeszcze sprawa wydawania książek debiutujących pisarzy, których książki mogą się w ogóle nie sprzedać - wydawcy chcą na innych pozycjach zarobić także na te nieudane wydania. 5 lub 10 lat to może być za mało - chociaż prawa takiego wydawcy do ochrony po takim okresie według mnie powinny być znacznie ograniczone.
No i jeszcze pozostaje kwestia kolejnych wydań - jak w podręczniku jest za dużo błędów i powstaje nowe wydanie, to wydawca po jego wydaniu skazuje się na blokadę sprzedaży poprzednich.
Sytuacja wyglądała by inaczej, gdyby książki rzeczywiście byłyby sprzedawane w postaci cyfrowej, a ludzie sami by sobie je drukowali w drukarniach - wtedy wydawcy mogli by zostać pominięci, a ochrona rzeczywiście miałaby sens jedynie przez kilka lat.
Ale 5-10 lat po ŚMIERCI autora. Nie po wydaniu. Przynajmniej w moim postulacie, do którego napisałeś odpowiedź. No, chyba że zakładasz, że książkę autor napisze, a zaraz potem go wykończą.
Jeśli przeciętny autor pisze książkę w wieku lat 40, a potem żyje jeszcze ze 20, to wydawnictwo pije kr.. Znaczy otrzymuje zyski przez 25-30 lat. To nie to samo co 90, ale i tak wystarczająco. Jak w ciągu 25. lat książka na siebie nie zarobi to śmiem twierdzić, że nie zarobi nigdy.

@Cardill: a to bywają takie ? :)
jeśli nawet to chyba stanowi to public domain a więc organizacjom zbiorowego okradania wara od takiej twórczości.
pytanie: co się stanie kiedy autor jest znany tylko występuje pod pseudonimem (np.: witkacy - witkiewicz)
Oczywiście pieniądze z rejestracji byłyby przeznaczone na utrzymanie prywatnych instytucji rejestrujących. Serwery, witryny internetowe do rejestracji on-line, do przeszukiwania rejestracji itp.
Innym rozwiązaniem mogłoby być na przykład przedłużenie ochrony przez ponowne wydanie książki. Jeżeli chcesz aby książka była chroniona przez następne 5 lat to musisz ją ponownie wydać. Jeżeli ponowne wydanie jest nieopłacalne, to jej ochrona jest niepotrzebna.
Oba rozwiązania mają swoje wady. Pierwsze wymaga kolejnych obok wydawców pośredników. Drugie rozwiązanie w epoce informacji cyfrowej nie ma sensu. Co to znaczy ponownie wydać książkę, jeżeli jest ona cały czas dostępna do zakupu on-line?
Być może tanie książki w wersji cyfrowej oraz możliwość wyszukiwania cytatów za darmo, vide Google Books, to wystarczające rozwiązanie? W takim przypadku okres ochrony autora miałby drugorzędne znaczenie.
Mimo wszystko 70 lat po śmierci autora to zbyt dużo. Spadkobiercy mogą nie być zainteresowani przekazywaniem dzieł do public domain (niezależnie od tego czy czerpią z nich zyski czy nie). Jeżeli w ogóle można będzie ich znaleźć.
A nawet jeżeli autor lub jego spadkobierca zdecydują się przekazać książkę do public domain przed wygaśnięciem ochrony z tytułu prawa autorskiego, to w jaki sposób cyfrowa biblioteka może uzyskać taką informację?


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.