
Sprawa wcale nie jest taka prosta jak porównanie ceny zakupu oprogramowania firm X z produktami firmy Y. Faworyzowanie przez ministrestwa konkretnego oprogramowania ma przecież swoje podłoże w przyzwyczajeniach z zamierzchłych czasów.
Pomyśl tak: jestem dyrektorem placówki kształcącej ludzi do życia na rynku pracy. Rynek pracy ma konkretne wymagania bo na rynku pracy jest już rozpędzony system, w którym osoby korzystające z komputerów raczej nie mają świadomości wolności oprogramowania. Osoba Nowak chcąca pracować w firmie, ma się szybko wdrożyć do systemu, przejąć obowiązki innych, odciążyć wspomóc w ich pracy. Dla firmy 2000zł to żadne pieniądze (jedna mierna pensja).
Ja jako dyrektor placówki oświatowej generujących siłę roboczą pomyślałbym czego oczekuje ode mnie rynek pracy oraz moi wychowankowie.
A sprawa monopolu MS? Przełamanie go to proces tak samo długofalowy jak zdobywanie przez niego naszych rynków (kilkanaście lat bardzo specyficznych warunków). Nadzieja w kolejnych pokoleniach specjalistów kształcących się na poziomie wyższym i to nie tylko w klimatach informatycznych.
Próba zmian na łapu capu - dla idei - może finansowo być tyle warta ekonomicznie co rejsowe loty Tuska.

Cóż, będąc silnie powiązany z realizacją projektów w szkołach i urządach (Wielkopolska) mogę jedynie potwierdzić, że statystyki wyglądają obiecująco. W efekcie dofinansowań naprawdę niemal wszystkie szkoły i urzędy w moim regionie wzbogaciły się o sprzęt, rozsądne rozwiązania sieciowe oraz przeszkolenie pracowników (choć tu nie wygląda to tak kolorowo jak granty sprzętowe).
NIESTETY. Informatyzacja to jedynie to co wyżej: sprzęt, tudzież przeszkolenia, dzięki którym pracownikom pracuje się wygodniej, lepiej, nowocześniej. Nie ma to jednak nic z szumnym hasłem informatyzacji: obieg dokumentów bez zmian, obowiązkowa dokumentacja tradycyjna bez zmian. Kilka pilotażowych projektów typu "szkolny edziennik" z których niewiele w 100% wyeliminowało potrzebę posiadania dziennika tradycyjnego - realizacja (juz w fazie zalozen) w zadnym wypadku nie przeprowadzona ze zdrowym rozsadkiem (przepisy, sytuacje wyjatkowe, bezpieczenstwo, konstytucyjna ochrona danych).
Zalatwianie spraw urzedowych "przez Internet": wiekszosc z uzytkownikow tego forum moze sie conajmniej domyslac jak to wyglada.
Gawiedz nadal mysli (po obu stronach biurka), ze nowoczesnosc to napisac CV wybierajac Times, 16 zamiast dlugopisu.
I co z tego, że są komputery w urzędach, gdy nie dość że dane są wklepywane w komputer, to jeszcze to samo jest wpisywane w dokumenty. Gdy idzie się do lekarza, to trzeba mieć podstemplowaną książeczkę, bo nie ma na tyle mądrych informatyków w kraju by napisać program który sprawdza to w bazie ZUS na podstawie danych z dowodu. A wydawałoby się że to proste. Oczywiście zaraz jakiś urażony informatyk podniesie głos, że nie wiem o czym piszę, ze to nie takie hop. Nie takie programy są pisane i jakoś nikt nie mówił, że to niewykonalne.
Informatyzacja naszego kraju to pic na wodę... Urzędnicy zwykle są po kursach informatycznych, a zwykłego worda nie potrafią obsłużyć.
niech zgadne do szkol i biblek system M$ pewnie jeszcze Vista Ultimate + pakiet Office 2007 ;) a pewnie cena Linux + Open Office z supportem bylby znacznie tanszy a przynajmniej nauka bylaby "wlasciwa" no ale trzeba brac kase i wydawac na zbedne rzeczy zamiast uczyc cos bardziej wartosciowego niz klikologie myszka :(


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.