Wreszcie jakiś łebski facet, któremu sukces i pieniądze nie zakorkowały mózgownicy...
Z multimediami jest tak samo... przykład Radiohead :P Jakoś kina nie narzekają na brak chętnych... bo dobre filmy najlepiej ogląda się w kinie :) i jakoś p2p tego nie zmieniło :) z dvd jest tak samo.. komu się film podobał to kupi, jednak byłoby lepiej gdyby premiera w Polsce nie była niekiedy rok po amerykańskiej... moim zdaniem te przesunięcia w czasie są największą przyczyną piractwa... bo w stanach niekiedy na DVD są dostępne filmy, które u nas nie były jeszcze w kinie...
@yelm: imho sytuacja wygląda następująco:
1) to, że ktoś ma wersję w pdf nie oznacza, że by kupił tę książkę, bardziej możliwe, że w ogóle by nie wiedział, że taka książka istnieje, gdyby nie wersja elektroniczna
2) dzięki darmowej wersji elektronicznej dużo więcej osób ma szanse w ogóle się dowiedzieć, że dana książka istnieje i rzucić na nią okiem, a jeśli dużo wiecej osób o tym wie, to wzrasta prawdopodobieństwo, że wielu z nich się spodoba, częśc kupi papierowe wydanie, inni polecą innym znajomym itd (patrz przykład Rosji)
3) Coelho twierdzi, że od czasu kiedy rozdaje w ten sposób swoje książki ich sprzedaż wzrasta. Gdyby tak nie było, to zapewne od dawna miałby na karku prawników wydawców.
4) dlaczego wydawcy nie tryskają zatem entuzjazmem? W obecnej chwili pewnie przymykają oko, gdyż sprzedaż idzie lepiej niż wcześniej. Nie mogą natomiast tak oficjalnie przyklasnąć temu modelowi "promocji", bo chociaż książki Coelho sprzedają się lepiej dzięki temu, to wydawcy wciąż nie wierzą, że ten model sprawdzi się w każdym przypadku. Szczególnie kiedy weźmiemy pod uwagę jakieś bezwartościowe gnioty, których jest mnóstwo na rynku i które sprzedają się tylko dlatego, że aby je przeczytać, trzeba je kupić. Ggdyby ludzie mieli okazję poznać ich treść wcześniej - za darmo, to odeszłaby im ochota kupowania czegoś, co nie ma dla nich większej wartości.
Bardzo podobne zależności są w przypadku sprzedaży muzyki i filmów.
Do tego dochodzi jeszcze sztuczne kreowanie potrzeb wśród ludzi na takie właśnie gnioty, które nie mają nic wspólnego z twórczością, a są jedynie efektem mnóstwa kasy włożonej w badania marketingowe skupiające się na tym, czy ludzie coś "chwycą", czy nie. Jeśli jest takie prawdopodobieństwo biznesmeni zatrudniają rzemieślników, nie artystów, i ludzi, którzy zajmują się ich wizerunkiem, kreowaniem skandalików itp, - wszystko oczywiście po to, żeby kasa włożona w wykreowanie sztucznej potrzeby zwróciła się z nawiązką.
W przypadku możliwości darmowego zapoznania się z twórczością takie praktyki nie miałyby racji bytu. Skoro jednak przynoszą ogromny szmal, to wytwórnie, producenci i wydawcy nie zamierzają z nich zrezygnować. Tymczasem internet i możliwości jakie stwarza stoi tym cwaniakom ością w gardle, bo zwyczajnie obnaża ich próby oszukiwania ludzi.
Prawdziwi twórcy i artyści dadzą sobie w nowych warunkach spokojnie radę i nie umrą z głodu. IMHO model promowany przez Coelho nie tylko jest uczciwszy wobec odbiorców oraz samych twórców, ale pozwoliłby także dobrze żyć znacznie większej liczbie osób, niż obecnie ma to miejsce. Myślę, że gdyby upadły wielkie wydawnictwa w każdej z tych branż, w ich miejsce powstałoby wiele mniejszych firm - dających zatrudnienie znacznie więszej liczbie osób - które zajmowałyby się pomocą w prowadzeniu biznesu poszczególnym artystom/twórcom. Dzięki temu ogromna kasa, która trafia teraz do kieszeni kilkudziesięciu ludzi na świecie, trafiłaby do dziesiątek, jak nie setek tysięcy i nie dałoby się kontrolować przemysłu rozrywkowego i szmelcu wciskanego ludziom pod postacią "radosnej niewymuszonej twórczości" tak, jak to się dzieje obecnie.
@Krzysiek:
Dzięki za obszerny komentarz, niestety nie mogę się zgodzić z wszystkim co napisałeś.
Wiem, że nie zbrzmi to miło, ale podobnej do Twoje argumentacji (patrz pkt.1) używają osoby korzystające z nielegalnego oprogramowania. I jest w tym sporo prawdy, bo w większości ludzi nie stać w Polsce na orginalny soft (choć i z tym można polemizować). Czy jednak daje im to prawo do okradania wydawców oprogramowania lub ludzi, którzy nad nim pracowali?
A teraz wróćmy do książek Coelha. Gdyby na nich zarabiał tylko sam pisarz, to również nie miałbym żadnych zastrzeżeń. Bo wtedy wydana książka to była by tylko jego praca i mógłby z nią robić co tylko by chciał. Jednak oczywiście tak nie jest.
Nie jest też dla mnie oczywiste czy istenieje korelacja między rozpowszechnianiem przez Coelho książek, a wzrostem sprzedarzy. Na pewno są jeszcze jakieś inne czynniki.
Jeśli chodzi o reklamowanie w ten sposób książek, to można by to robić (i tą praktykę się stosuje) publikując np. fragmenty powieści. Tytaj mamy jednak do czynienia z udostępnianiem całych utworów. A to niestety (jakkolwiek to zabrzmi), psuje rynek.
Zwróciłeś uwagę na jedną rzecz, którą ja przeoczyłem. Faktycznie wydaje się, że wydawcy nie protestują, bo wtedy faktycznie byłoby o tym głośno. Nasuwają mi się 2 rozwiązania. Albo Coelho jakoś umówił się z wydawcami (nie wierze, żeby robił to całkowicie nielegalnie). Albo i to wydaje mi się bardziej prawdopodobne - autorem strony nie jest sam pisarz.
Wczytajcie się dokładniej (dział about na stronie http://pirat(...)m/about/ ). Przecież jest wyraźnie napisane, że to nie Coelho jest redaktorem bloga, z którego pochodzą linki. Niby jest tam odsyłacz do strony autora, w którym rzekomo Coelho popiera inicjatywe darmowego rozpowszechniania jego książek przez sieć. Ale ja nie znalazłem na oficjalnej stronie ani jednego pdf'a z CAŁĄ, kompletną książką. Więc Coelho niby popiera inicjatywę, ale sam ma związane ręce. Nie mam do niego pretensji o to. Jednak z zamieszczonego tu news'a wynika, że pisarz robi to oficjalnie i że sam jest autorem bloga, co moim zdaniem, nie jest prawdą. (mogłem coś źle przeczytać...)
Zgadzam się z ostatnim wątkiem, który poruszyłeś. Podstawowe prawo mikroekonomiczne - monopol zawsze szkodzi konsumentowi, a przynosi zyski monopoliście, zaś najlepszym rozwiązaniem jest wolna konkuencja. Istnienie bowiem wielu podmiotów po stronie podaży jest jedynym sposobem na powstanie konkurencji (cenowej i np.jakościowej) w celu pozyskania większego udziału w rynku. Z drugiej strony to że wydawnictwa promują kiepskie książki nie jest niczym niezwykłym, przecież każda firma chce zwiąkszać zysk. Tutaj po prostu trzeba zachowywać się jak odpowiedzialny konsument i z ostrożnością podchodzić do pozycji, na których widnieją nagłówni "następca Sapkowskiego", "bardziej emocjonująca powieść niż Harry Potter" etc. Niestety wszystkie rynkowe (czyli komercyjne) produkty podlegają prawu popytu i podaży, zawet więcej jest pozycji miernych i wtórnych zarówno na rynku książek jak i filmów i muzyki. Jednak czy to sprawia, że wartościowe rzeczy nie są wydawane? Moim zdaniem nie. Po prostu wszystko podlega krzywej Gaussa i elementów o przeciętnych cecha zawsze będzie wiecej. Na tym polega niestety gospodarka wolnorynkowa - popyt kreuje podaż. Czyli jakich mammy konsumentów takie mamy produkty.
I jeszcze na koniec. Ja osobiście jestem zwolennikiem wolnego oprogramowania i swobodnego dostępu do treści, ale mam również na uwadze ludzi, którzy ciężko pracują by np. wydawać książki, tłumaczyć je etc. Nie widzę powodu, by odbierać im szansę na zasłużony zarobek. Coelho moim zdaniem w jakiś sposób to robi. Nawet jeśli empiryczne dowody mówią, że jest dokłądnie odwrotnie i sprzedaż je książek rośnie. Tylko, że jak już pisałem: nie ma dowodu, ani pewności o współzależności tych dwóch zjawisk i po drugie prawo jednak (moim zdaniem) powinno chronić przedsiębiorców, którzy uczciwie chcą zarabiać (czyli w tym wypadku wydawców).
Może jestem zbyt konserwatywny w moim poglądach... Nie przeczę, bo mnie osobiście krew zalewa gdy idę do księgarni i chce sobie kupić np. skrypt, z którego mam się przygotować na egzamin, a tu widzę pod logiem wydawnictwa mojej uczelni cenę np. 40 zeta za 200 stronicowy podręcznik.
PS. Ostatnia uwaga, jeśli Coelho chce być uczciwy powinien IMHO najpierw umieścić książkę w sieci, a dopiero później proponować sprzedaż praw do jej wydania wydawnictwu. Z tego co pamiętam np. tak było z manualem do J2EE - jest wersja w internecie na stronach Sun'a i równolegle można sobie kupić w księgani papierowe tłumacznie. Ale tu sprawa jest jasna - wszyscy łącznie z wydawnictwami, które finansują tłumaczenie i czytelnikami wiedzą, że jest alternatywa. Inny przykład Thinking in Java - poprzednia edycja po angielsku oficjalnie jest na stronie - najnowsza, prztłumaczona w księgarni.
PPS. Przepaszam za nazbyt miejscami zbyt ironiczną polemikę. I jeszcze raz dziękuję za odniesienie się do mojej poprzedniej wypowiedzi. Pozdrawiam!
No i wydało się! Ja akurat nawet nie wiem o czym są te książki, a książka w pdf-ie... no cóż... mogę się dowiedzieć jakie książki istnieją, ale bądźmy rozsądni! Tylko wariat przeczyta więcej niż 50 stron na ekranie monitora (toż to istne kamikadze dla oczu). Drukować się tego też nie chce, bo koszt drukowania może być dosyć spory...
Książkom jakoś internet nie zaszkodził i raczej nie zaszkodzi... bo każdy lubi mieć papier w ręku, przekładać strony i czytać nawet bez prądu :P i setki lat tego nie zmieniły. Jeśli chodzi o prawa autorski uważam, że należałoby je zweryfikować w świetle cyfrowych mediów... i zastanowić sie na kanałami dystrybucji.. a przede wszystkim nad ceną... czy 3,49zł za 1 piosenkę to odpowiednia cena?? a coś około 40zł za płytę w mp3... bo ja uważam, że coś chyba jest nie tak, że cyfrowo ma być prawie tyle samo co na płycie z okładką itp...
Dodam od siebie, że bardzo możliwe wydaje mi się takie działanie Paulo Coelho jak blog z plikami pdf zawierającymi jego książki. Czytając jego pozycję "Być jak płynąca rzeka" kilka razy wspominał w niej o zafascynowaniu takim wynalazkiem jakim jest Internet. Zawarł podobne słowa jak tutaj przytoczone w artykule. Ponadto pisał tam o zadowoleniu z obiegu jego książek. Opisywał takie wspomnienia, iż podczas podpisywania książek w bodajże jednym ze sklepów tym bardziej cieszył się z egzemplarzy przynoszonych przez ludzi, które miały ślady użytku, poszarpane rogi, obtartą okładkę. A to wszystko z powodu, że jego książki krążą z rąk do rąk, nie leżą na półce, są pożyczane i wymieniane, a tak ma właśnie być.
Hehe, zatem na tyle na ile mogłem wczuć się w jego słowa, to nie zdziwiłbym się gdyby kolejnym pomysłowym krokiem byłoby udostępnienie przez niego swych książek w postaci elektronicznej. Co też się stało. :)


© 1998-2026 Dziennik Internautów Sp. z o.o.