Google poinformowało na swoim blogu internetowym o zmianach w koncepcji usługi Google Print, która w założeniu ma udostępnić miliony książek do przeszukiwania on-line. Jest to odpowiedź na falę krytyki ze strony wydawców. By dać im czas na przystosowanie się do nowych warunków - Google zawiesiło skanowanie nowych pozycji do listopada.
Właściciel najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej ma ambitny plan - zgromadzić i udostępnić w Internecie wszystkie anglojęzyczne książki dostępne w światowych bibliotekach. Do 2015 roku w serwisie ma pojawić się 15 milionów woluminów z czterech największych bibliotek uniwersyteckich na świecie. Każdy z tytułów ma być dostępny do przeglądania, z możliwością wszechstronnego przeszukiwania zawartości.
Pomysł spotkał się jednak z głośną krytyką, głównie ze strony wydawców, obawiających się powszechnego łamania praw autorskich i spadku wpływów. Stowarzyszenie 125 amerykańskich wydawców książek już w maju wysłało do Google list z protestem przeciw planom realizacji usługi Google Print.
Google ugięło się pod naciskiem wydawców i w miniony czwartek wprowadziło nowe zasady realizacji projektu Google Print. Wszyscy wydawcy otrzymają możliwość zgłoszenia listy książek, które nie powinny być skanowane i udostępniane on-line.
"Sądzimy, że większość wydawców i autorów wybierze uczestnictwo w naszym programie, aby przedstawić swoje dzieła niezliczonej ilości czytelników na całym świecie" - czytamy w Google Blog - "Jednak wiemy, że nie każdy się z tym zgadza i dlatego chcemy zrobić co w naszej mocy, by również uszanować te poglądy." - dodano.
Aby dać wydawcom czas na opracowanie list zakazanych tytułów, Google wstrzymało do listopada skanowanie nowych woluminów objętych prawami autorskimi.
W serwisie Google Print już teraz można znaleźć wiele interesujących tytułów, głównie naukowych. Projekt realizowany jest we współpracy z bibliotekami uniwersyteckimi w Michigan, Stanford, na Harvardzie i w Oxfordzie, a także z biblioteką publiczną w Nowym Jorku.
Zmiany w polityce względem projektu Google Print w pewnym stopniu na pewno niekorzystnie odbiją się na ilości dostępnych w nim książek. Miejmy jednak nadzieję, że nie będą to różnice znaczące, a wydawcy nie postanowią bronić się wszelkimi siłami przed Internetem, tak jak przez wiele lat czyniły to wytwórnie fonograficzne. Byłoby to dziwne, gdyż Google nie udostępnia pełnych wersji książek, o ile są one chronione prawami autorskimi, a co za tym idzie - nie zastępuje pozycji kupionej w księgarni.